Artykuły ogólne

„Puźnicka Ballada”

Hen daleko tam na wschodzie
Biała brzoza się schyliła
Wiatr żałośnie tam zawodzi,
Gdzie zbiorowa jest mogiła.

Nikt tam świeczki nie zaświeci,
Ani kwiatów nie przyniesie,
Tylko wiatr czasem przyleci
I zaszumi w głuchym lesie.

Czemuś Dniestrze taki srogi?
Czemu nurt twój taki dziki?
Czemu znika wśród pożogi
Ma rodzinna wieś Puźniki?

Rzeź tam była w czterdziestym piątym
roku. Nocą, trzynastego w lutym.
Trudno zapomnieć tego widoku
I tych ran po drągu okutym.

Wiatr tumany iskier wzniecał,
Rozdmuchiwał wciąż płomienie.
Księżyc wyszedł i oświeca Otoczoną
wieś banderowskim pierścieniem.

Chaty w ogniu jak pochodnie,
Były światkiem okrucieństwa,
Oświecały ciemne zbrodnie
Straszne orgie i szaleństwa.

Biegł Jasiński sadem, polem
Po puszystym śniegu ku Śniożętom,
Aż zobaczył że, półkolem
Dalszą drogę mu zamknięto.

Zaraz mu obcięli uszy,
Żywcem oczy wydłubali.
Widząc, ze się już nie ruszy,
Zycie mu” podarowali.

Biegnie, biegnie kobiecina,
Ale widzi że nie zdąży,
Lęk już nogi jej podcina,
A panika serce drąży.

Była blisko już przy plebanii,
Gdy z trwogi ścierpła jej skór,
Drogę banderowcy już ocieli,
Więc pobiegła gdzie figura…

Matki Boskiej w grocie stała,
Więc rękami ją objęła,
I tak się uratowała
Cudem Bożym – Honorata.

I mnie też tam, wtedy siedmiolatka,
Kiedy cała wieś już płonęła
Na plebanię wtenczas, matka
Na ramionach z sobą wzięła.

Jak ocalić garstkę życia,
Gdy ogień szaleje dokoła?
Dom wygania precz z ukrycia,
Dziecko z trwogą matkę woła.

Matki krzyk! Ubolewanie!
Banderowiec, w mgnieniu oka
sprawnie zdławił, Długi bagnet wbił do
krtani po przez usta i tak pozostawił

Rankiem dziecko zakwiliło
Z martwych ramion matki trupa.
Siedemdziesiąt ciał, to żniwo
Jednej noc, bandy UPA.

Dziś to są pourazowe
Makabryczne przypomnienia,
O których już nie ma mowy,
Wśród młodego pokolenia.

Nie za długo tylko w baśni
Mglisty obraz pozostanie,
Lecz nikt bliżej, tej historii nie wyjaśni
Gdy wygasną Puźniczanie.

Kto opisze los sierocy,
Jak jechały dzieci, starcy
Stłoczeni, przez wiele dni i nocy
Po kilka rodzin na kolejowej węglarce.

A pociąg pędził z łoskotem,
Wciąż na zachód mknął po szynach.
Aż nas wysadzono
W lesie koło Kędzierzyna.

Nikt namiotu nie posiadał
Więc z gałęzi, z byle czego
Szałas naprędce układał
Szykując się do noclegu.

Nigdzie, blisko żadnej studni
Pod sosnami, pośród krzaków.
Wynędzniali, głodni, brudni
Posnęliśmy jak na biwaku.

Szczęściem naszym, że były to noce
Lipcowe ani zimne, ani długie.
Przyszło nam tu czekać na kolejny
Transport Jeden dzień i drugi…

 

Autor: Edmund Działoszyński

image_pdfimage_print

Opracowanie:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *