1

Czas wojny w Puźnikach – wspomnienia Bogusława Krowickiego

Bogusław KrowickiPuźniczanie coraz częściej rozmawiają już tylko o niej. Pod koniec sierpnia 1939r. na drzwiach „kółka”, sklepu dziadka Maksia,  zawisł ogromny plakat, na którym pokazany był  żołnierz w masce przeciwgazowej. Domyślano się, a nawet stało się niemal pewne, że wojna z Niemcami  jest nieuchronna. Te przypuszczenia potwierdziły się bardzo szybko, bowiem ogłoszono mobilizację i nastąpił nagły pobór do wojska.

Dnia 1 września 1939r o godz. 4,45  Niemcy całą swoją potężną armią uderzyły na Polskę. Polacy na zawsze zapamiętali, jak hordy niemieckie wyłamywały szlabany graniczne i przypuszczały szturm na Westerplatte o tej właśnie godzinie. Ten dzień zapamiętałem na całe życie, przeżyłem w straszliwym szoku i strachu, uciekając przed siebie i gdzieś tam w Klukowie schowałem się pod obrokiem pokrytym słomą, skąd w przerażeniu obserwowałem ogromne ilości samolotów na niebie. Wieczorem 1 września, gdy powróciłem do domu, zdziwiło mnie bardzo, że koło naszego domu leciały jakieś święcące kulki, które ścinały rosnącą obok kukurydzę. Nie miałem pojęcia, co się dzieje. Później się okazało, że były to pociski rozrywające tzw. dum-dum, a ja nieświadom tego do nich leciałem, by sprawdzić, co to jest.[1]  Na szczęście tato zabrał mnie do domu, gdzie byłem bezpieczny.

Kilka dni później Ojciec Szczepan i wielu innych mężczyzn zostało zmobilizowanych do wojska pozostawiając w niepewności i strachu swoje rodziny. Idący na front zbierają się przed sklepem dziadka Maksia. Jest płacz i lament żegnających rodzin. Po krótkim czasie zostaje utworzona kolumna obrońców ojczyzny, która  rusza ze śpiewem „Bożę coś Polskę…”.

Kolejne dni Puźniczan mijały w ogromnym stresie, rozpaczy i obawie o żołnierzy, którzy wyruszyli na front. Po kilkunastu dniach od wybuchu wojny 17 września 1939 r. wojska  radzieckie  przekroczyły granicę Polski i to był  jak mówiono zadany nóż w plecy dla Polaków.

W krótkim czasie po tych wydarzeniach żołnierze zaczęli powracać z rozbitych oddziałów do swoich bliskich. Zaczęły krążyć wieści, że Polska się rozpadła. Rozpoczęła się straszliwa okupacja. Dwa potężne mocarstwa rozdzieliły ją między siebie.

U Ukraińców wstąpiła euforia

Upatrywali w takiej sytuacji swoją szansę na zbudowanie „Samostijnej Ukrainy”. Uważali, że w tamtym regionie Polski już niema. Na powracających do swoich rodzin żołnierzy napadają  ukraińscy  nacjonaliści, odbierają  im  broń i mundury, a nawet mordują. Te wieści dochodzą szczątkowo i nasilają strach przed utratą najbliższych.

Mimo, iż w tym czasie miałem zaledwie siedem lat, pamiętam ten moment bardzo dokładnie, jak mój ojciec Szczepan powrócił w mundurze bez wojskowego paska i orzełka na czapce do domu. Miałem to szczęście, że pierwszy go zobaczyłem przed domem i powitałem z wielką radością, tuląc się do Niego.  Po serdecznym powitaniu się ojca  z żoną, córką, synami i dziadkiem Maksiem, tato opowiadał, że jak wracał do domu przez miejscowość Kozowa , tamtejsi Ukraińcy chcieli go zamordować. Miał wielkie szczęście, że Ukrainka, która tatę znała, wiedziała, że ma czworo dzieci i uprosiła swych przyjaciół ukraińskich, by darowali mu życie. Tak też się stało i tego straszliwego zamierzonego czynu nie dokonali.

W tym czasie wiele się działo. 18 września Puźniczanie byli świadkami przemarszu ogromnej masy wojsk. Twarze maszerujących  żołnierzy były jakieś dziwne, nikomu nie znane, ze skośnymi oczami. Okazało się później, że obok radzieckich żołnierzy byli też Mongołowie i Tatarzy.  Krótko po ich  przejściu pojawili  się tzw. propagandziści, którzy wyjaśniali, że Puźniczanie powinni  się cieszyć, bo oni przyszli oswobodzić nas od kapitalizmu, burżujów, panów i krwiopijców. Następne tygodnie mijały dość  spokojnie, jednak sytuacja polityczna i wojenna zmieniała się, jak kalejdoskopie.

30 listopad 1939 roku dla naszej rodziny byt bardzo bolesny i trudny. Umiera nasz ukochany dziadek Maksio. Pogrzeb był bardzo uroczysty. Uczestniczyło w niej  bardzo dużo osób, bowiem dziadek był znaną i lubianą  postacią. Pamiętam ten pogrzeb. Na czele tego uroczystego konduktu, zmierzającego na cmentarz mój brat Zdzisław niósł krzyż. Ja bardzo kochałem dziadka  i nie mogłem się pogodzić z Jego odejściem. Żal ściskał serce ale musiałem pogodzić się z tym faktem.

Nasze życie musiało jednak płynąc dalej. Mama Joanna odziedziczyła po ojcu sklep, całkiem przyzwoite pieniądze, duży ogród i sad we wsi. Rodzina Krowickich była teraz bardziej majętna, ale czasy były bardzo trudne i nieciekawe.

Tu i ówdzie słyszy się, że NKWD zwołuje spotkania i werbuje donosicieli.

Wywózki na Sybir

W kraju następują aresztowana ludzi związanych z policją  przedwojenną, sądownictwem i innych wypełniających władcze funkcje państwowe. 10 lutego 1940r. funkcjonariusze NKWD przyjechali także w nocy do Puźnik.

Obudzili ludzie wskazanych na listach. Kazali się pakować, pozwolili  zabrać tylko rzeczy najpotrzebniejsze. Nic nie mówiąc i  nie wyjaśniając  dokąd ich zabierają i dlaczego. Ładują ich na przygotowane wcześniej sanie i odjeżdżają w nieznanym kierunku. Tej nocy wywieziono m.in. Jana Kanię, Albina i Tadeusza Krzywonia, Kryspina Maślankę, Szymona PałkęTomasza Zapałowicza. W kwietniu NKWD aresztowało Jana Działoszyńskiego i Karola Łapiaka. Zesłani na Sybir już nigdy nie powrócili, zaginęli bez wieści.

Agitatorzy w tym okresie robią swoje. Co kilka dni zwołują  zebrania wiejskie, na których przekonuje się mieszkańców, że najlepsza gospodarka rolna, to kołchozy. Co robić? Opornych mogą przykładowo wywieść na Sybir. Ludzie są załamani. Podatki są tak wysokie, aby chłop nie wytrzymał i wstąpił do kołchozu. Chętnych nadal nie ma. Wszyscy stracili nadzieję, aż tu nagle w popłochu idą rozbitkowie  Armii Czerwonej. Biegną przez pola, bez broni. Jest wielu rannych. Miejscowi Ukraińcy, rabują ich a często i dobijają rannych. Pozostawioną broń i sprzęt także rabują ukraińscy nacjonaliści.

Okupacja niemiecka

Do Puźnik wkraczają Niemcy. W porozumieniu z ukraińskimi przywódcami  tworzą pojedyncze oddziały. Taki też utworzony został w Puźnikach. [2] Ich celem było m.in. organizowanie łapanek, by zaciągnąć ludzi do Niemiec na tzw. roboty.

Dość powszechnie stosowano konfiskatę różnego rodzaju żywności. W Puźnikach panuje straszliwy głód, skutkiem tego zwiększyła się umieralność. Mama Joanna na przemian ze mną i bratem Zdzisławem próbowała ratować sytuację udając się z tytoniem do Monasterzysk, Buczacza, a także do różnych innych miejscowości, by go wymienić na jedzenie. Dobytek rodzinny w postaci zboża, drobiu i świń skonfiskowali uciekający Rosjanie. W jedzeniu królowała popularna lebioda. Dramat wsi trwał długo. Głód mieszkańcom towarzyszył, aż do pierwszych zbiorów zbóż, którym nie dawano możliwości do pełnego ich dojrzewania. Niepewność przysłowiowego  dnia jutrzejszego, zmusiła  mieszkańców do zorganizowania samoobrony, przed ukraińskimi nacjonalistami.

Z inicjatywy Armii Krajowej komendantem w Puźnikach został wielce zasłużony dla wsi  Mieczysław Warunek, późniejszy sybirak. Była to grupa bojowa działająca w  tajemnicy. Tymczasem w sierpniu 1943 oddział partyzancki „Kowpakowa” przebijając się w kierunku gór, zatrzymał się w lasach niedaleko Puźnik, w rejonie tzw. łęgów, obok płynącej rzeczki i dalej zarośniętych wzgórz wysokimi drzewami bukowymi i dębowymi.

W tym miejscu rozegrała się wielka bitwa partyzantów, dowodzonych przez Kowpakowa z  Niemcami, którzy wiedząc, że tam są partyzanci postanowili ich zlikwidować, by ich nie nękali zasadzkami. Niemcy ponieśli tu sromotną klęskę. Zginęło ich kilkuset. W następstwie tych wydarzeń, Niemcy podjęli w Puźnikach działanie pacyfikacyjne. Wraz z policją ukraińską, otoczyli całą wieś i postanowili ją  spacyfikować. Przeszukiwano dom po domu. Zabrano wtedy kilku mężczyzn przeznaczonych do rozstrzelania, a wiele kobiet zabrano na roboty do Niemiec.

W tym samym dniu Józefowi Jasińskiemu, który dobrze mówił po niemiecku, udało się zmylić Niemców mówiąc „że oddziały partyzanckie to tak naprawdę Rosjanie”. Dzięki niemu odstąpiono od pacyfikacji i egzekucji. To wydarzenie nie obyło się dla mieszkańców Puźnik bez problemów, bowiem ukraińska policja dowiedziała się, że uczestnicy samoobrony posiadają  broń.

Wojenna rzeczywistość

Ze wspomnień starszych Puźniczan  wynika, że w ostatnich dniach stycznia 1944 r. w Puźnikach zjawiła się policja aresztując sześciu  mężczyzn za rzekome niewywiązywanie się z obowiązków kontygentowych. Wszystkich aresztowanych mieli przewieść ich do Koropca, jednak samoobrona zorganizowała skuteczną  odsiecz. Nie obyło się bez strat ludzkich. Ciężko ranny Roman Buchwald zmarł.

Niedługo po tym, oddziały sowieckie wycofują się, rabując co się da. Rosjanie wciąż się bronią, ale Niemcy z wielką siłą atakują przy udziale artylerii. Walka toczy się na terenie Puźnik i w okolicznych wsiach. Wśród ludzi są zabici i ranni. Niemcy ponownie opanowują teren i wprowadzają do Puźnik kilkuset żołnierzy, którzy zajmują kwatery, lokując  po kilku  żołnierzy w każdym domu. Puźniki stają się strefą przyfrontową. Cały teren obstawiony zostaje karabinami maszynowymi. Niemcy organizują spis mieszkańców. Gdyby nie daj Boże ktoś miał przodków Żydów, to czekała go pewna śmierć.

Moja matka Joanna mimo tej świadomości  przechowywała małżeństwo żydowskie w specjalnym miejscu nad oborą, bardzo wiele ryzykowała. Udało się im przeżyć. Natomiast ich córka Tuśka udawała córkę sąsiadki Kosteckiej[3]. W Puźnikach przechowywano wielu Żydów, także na plebanii, ale o tym wiedziało niewielu. Po wojnie Tuśka zamieszkała w Kanadzie, ale po śmierci mamy kontakt się z Nią się  urwał. Mój list wysłany na adres Tuśki w Kanadzie po śmierci mamy powrócił jako zwrot, bo podobno zmieniła adres.

Życie Puźniczan jednak toczy się dalej, ale nie całkiem normalnie. Mieszkańcy muszą ciężko pracować w polu, bowiem przełom wiosny i lata tego wymagał. Dzieci  wypasają krowy i pozostałe po zaborze przez Rosjan i Niemców konie. Ludzie powoli oswajają się z obecnością wojska i zaczynają handlować zbiorami zbożowymi  i zwierzętami. Kury, jajka, można zamienić z Niemcami na koce, płaszcze wojskowe, a czasem nawet buty. Trzeba się dogadywać. Prawdę mówiąc, pod ochroną wojska Puźniczanie byli dość bezpieczni, nie nękali ich ukraińscy nacjonaliści, ale do czasu.

We wrześniu 1944 r. nocą, „banderowcy” (oddziały ukraińskich nacjonalistów) ponownie dali znać o sobie  podpalając część zabudowań naszej wioski. Spłonęły wówczas zabudowania: Dancewiczów, Rolów, Krzesińskich i Wiśniewskich. Z tych płonących jak pochodnie domów wyskakiwali obudzeni krzykami sąsiadów ze snu ich mieszkańcy.  Podpalanie domostw i pojedyncze a nawet grupowe mordy stały się wówczas  dość częstym zjawiskiem. Nacjonaliści ukraińscy próbowali spalić więcej zabudowań, ale w tym czasie im się to nie udało. Kilka tygodni później banderowcy znowu podpalili kolejne domostwa. Po tym wszystkim przyjechała policja ukraińska, ale niczego nie ustaliła.

Walki frontowe w okolicach województw stanisławowskiego i tarnopolskiego ciągle trwały. Puźniczanie byli znowu świadkami częstego przemieszczania się wojsk niemieckich i rosyjskich. W lipcu Niemcy wycofali się w panice pozostawiając wiele broni i amunicji. Walki toczyły się na terenie wsi. Linii frontu broniły w ramach niemieckich wojsk niezdarne oddziały węgierskie. Kiedy front się przesunął na zachód  w kierunku Niżniowa, wieś wyglądała jak pobojowisko. Puźniczanie zbierali porzuconą przez Niemców broń, amunicję chowając ją z myślą, że w tych czasach będzie ona potrzebna.

Władza radziecka

Tymczasem w Koropcu umacniała się władza radziecka. Utworzono powiat, skąd administrują terenem. Szeroko zachęca się ludzi do wstąpienia w ochotnicze szeregi Wojska Polskiego, które powstało w ZSRR. Jest jednak problem z członkami AK, bo NKWD zaczyna węszyć. Starszyzna AK, po konsultacjach podjęła decyzję, by dwóch mężczyzn  zgłosiło się do władz sowieckich jako przedstawiciele samoobrony, by w ten sposób wybadać, jak zareagują. Popełniono jednak duży błąd, bowiem NKWD natychmiast ich aresztowało i oskarżyło o przynależność do wrogiej organizacji, po  czym zesłano ich na Sybir. To przekonało członków AK i samoobrony, że nie mogą się ujawnić. Szukali jednak sposobu, aby uniknąć aresztowania. Niedługo  nadarzyła się okazja.

Pod koniec sierpnia 1944 dokonano rejestracji mężczyzn w wieku od 20 do 50 roku życia. Wydano też zarządzenie, że kto ochotniczo wstąpi do Batalionów strzeleckich „Istrebitilnyj batalion” przeznaczonych do walki z bandami tu na miejscu, będzie zwolniony od poboru do wojska. Wiele osób wstąpiło w jego szeregi. Wcielony do niego został także m.in. mój ojciec Szczepan i szwagier Mietek Rola, mąż siostry Janiny. Jako młody żonkoś nie bardzo był rad z tego wcielenia do wojska. Uznał, że musi pozostać dłużej przy żonie. Obmyślił dziwaczny  diabelski plan, który miał służyć za uzasadnienie usprawiedliwiające jego powrót do służby. Po kilkunastu dniach podczas przepustki, nie chcąc wracać do batalionu, sam się postrzelił, w lewą rękę i to w dodatku w główną tętnicę. Niestety zmarł.

Wcieleni do służby wojskowej młodzi mężczyźni mieli być skutecznymi obrońcami ludności polskiej przed napadami banderowców. Okazało się, że nadzieje były płonne, bowiem komendantami i dowódcami w tych  batalionach byli na ogół oficerowie sowieccy, a wśród nich i Ukraińcy. Z opowiadań ojca Szczepana uczestniczącego w likwidacji ukraińskich band wynikało, że zdarzało się, iż właśnie oni, ci dowódcy  współpracowali z banderowcami. Potwierdzały to m.in. takie fakty. 4 lutego 1945 roku, władze radzieckie ściągnęły 90% stanu baryskiego wojska ok. 7 km od Puźnik do sąsiedniego miasta Buczacza, rzekomo w obronie miasta przed napadem. Jednak w nocy z 4 na 5 lutego banderowcy napadli na Barysz. Przebywający w Buczaczu członkowie batalionu chcieli natychmiast iść na pomoc. Dowódca jednak powiedział, że jeśli ktoś opuści batalion, zostanie rozstrzelany. Po napadzie na Barysz, można było się spodziewać ataku na Puźniki.

Te i inne działania nękające z różnych stron Puźniczan zmusiły moich rodziców, do podjęcia decyzji o przeprowadzce do Cioci Józi Kamińskiej, mieszkającej z synem Franciszkiem w centrum wsi, która jak się później okazało ta decyzja była naszym zbawieniem. Pozostając na Nagórzance podzielilibyśmy los sąsiadów, którzy pozostali w swoich domostwach.

W dwu izbowym mieszkaniu u Cioci spało się tam na podłodze i na łóżkach, łącznie 15 osób, choć trudno tu mówić  o spaniu. Po tym wydarzeniu policja ukraińska już więcej w Puźnikach się nie pokazała, gdyż wielu z nich zostało poranionych. Dramat mieszkańców Puźnik nie wynikał wyłącznie z walk, które przetaczały się wokół wsi, ale przede wszystkim z nękania polaków przez ukraińskich nacjonalistów. I temu służyła eksterminacja polaków, bestialskie masowe mordy.

Masakra z Zalesiu

8 lutego w Zalesiu oddalonym ok. 4 km od Puźnik dokonano masakry mieszkających tam Polaków, a także stających w ich obronie ukraińskich sąsiadów. Młynarza Jarosława Danyłewycza, syna Ukraińca i Polki, który próbował przeciwstawiać się masakrze, przywiązano do sań i włóczono polnymi drogami. Po kilkudziesięciu kilometrach skatowanego przywalono kamienną płytą, aby skonał w męczarniach. Jego matkę Bronisławę spalono żywcem w suszarni tytoniu wraz z grupą innych Polaków którzy wybrali się do młyna w Zalesiu. W Zalesiu znaleźli się też mieszkańcy z Puźnik, a także sąsiedniej wsi Nowosiółki, którzy udali się do młyna w Zalesiu po mąkę. Wszyscy zagarnięci zostali  przez banderowców z obstawionych przez nich dróg.

Miedzy innymi byli: kilkunastoletnia Danuta Borkowska z babcią oraz Maria Jarzycka, Władysława Jasińska, Anastazja Łapiak, Domicela Jasińska i Genowefa Kulikowska wraz z dziećmi.  Zaprowadzono ich do jednego z domów, gdzie próbowano torturami wymusić informacje na temat polskiej samoobrony w Puźnikach. Władysławie Jasińskiej założono na szyję pętlę i ciągnięto po podłodze, aż skonała, inne kobiety zarąbano siekierami bądź zastrzelono. Z masakry cudem ocalała Danuta Borkowska (po wojnie Ławruszczyk), która wspomina swoje ocalenie następująco:

Ja otrzymałam postrzał w lewą dłoń, prawy obojczyk i klatkę piersiową, parę milimetrów od płuc. Miałam także okaleczoną brodę. Przytomność odzyskałam o świcie i zobaczyłam martwą babcię leżącą we krwi obok mnie. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności do izby wszedł  stary Ukrainiec, znajomy mego ojca. Kiedy to zobaczył, zaczął płakać i kląć na banderowców. Ukradkiem zabrał mnie stamtąd i umożliwił mi ucieczkę do Puźnik. Mimo, iż byłam strasznie obolała poczułam potrzebę ucieczki. Nogi miałam sprawne, ile sił uciekałam od Zalesia. W tym czasie, jak się później okazało, do wsi dotarli partyzanci, którzy przepędzili banderowców, a ja szczęśliwie czołganiem dotarłam do pierwszych zagród Puźnik. Szczęśliwie mieszkała tam moja ciocia Rozalia Hałuszczyńska, która się mną zaopiekowała. Zemdlona już nic nie pamiętałam. Ciocia poinformowała mego ojca, który w prześcieradłach przewiózł mnie do domu. Tu przez kilka dni leżałam nieprzytomna. Leczyła mnie siostra zakonna Stefania.

Ja jako 13 letni chłopak miałem możliwość przyglądania się tym wydarzeniom. Dokładnie pamiętam, jak Ojciec Danusi wnosił ją do mieszkania. [4]

Ja i koledzy byliśmy tym widokiem zdruzgotani. W najgorszych snach nie mogliśmy przypuszczać, że za kilka dni przeżywać będziemy okrutną rzeź, jaka wydarzyła się 13/14 lutego a więc w 5 dni po tym.

W przeciwieństwie do napadu w 1944 r., kiedy we wsi stacjonował oddział AK, siły obrońców były dużo skromniejsze. W dodatku większość Polaków – członków Istriebitielnych Batalionów – z Barysza i Puźnik działających pod komendą sowiecką, otrzymała rozkaz stawienia się w Buczaczu, co zupełnie osłabiło polski potencjał. Niektórzy mieszkańcy postanowili opuścić wieś.

Pamiętam, że wieczorem w domu Cioci Kamińskiej odbyła się spokojna i długa rozmowa. Uczestniczyli w niej także dwaj rosyjscy oficerowie, którzy zawitali do cioci na wieczorną herbatkę. Oprócz naszej rodziny Krowickich i Kamińskich, przysłuchiwała się siostra Janina Rola przygotowująca się do porodu.  Przeważała opinia, że banderowcy zaatakują Puźniki, a nasza samoobrona jest zbyt słaba, aby nas obronić. Na pytanie, czy obstawa, dwóch rosyjskich wojskowych dowódców z członkami samoobrony, pomogą obrońcom wsi  w razie konieczności  bronić mieszkańców, na twarzy ich pojawiła się ironia i grymas, by odpowiedzieć, że takiego zamiaru nie przywidują. Tak tez się stało. Gdy rozpoczął się napad, natychmiast uciekli do Koropca, pozostawiając Puźniczan do samotnej obrony.

Pogrom w Puźnikach

Z 13 na 14 lutego 1945 roku, około godziny pierwszej w nocy w Puźnikach rozpoczęło się prawdziwe piekło. Wieś otoczyły liczne bojówki UPA. Mimo, że rozstawione były warty i spodziewano się napadu, ludność została zaskoczona silnym ogniem z broni maszynowej, przy równoczesnym wzniecaniu wielu pożarów w różnych miejscach wioski. Obrona już na początku została zdezorganizowana i każdy działał na własną rękę. W dwu izbowym mieszkaniu u Cioci spało na podłodze i na łóżkach 15 osób, choć trudno tu mówić  o spaniu.

Tej nocy rozpoczęła poród moja siostra Janina. Podobno dziecko już miało się urodzić, kiedy brat Zdzisław zaczął krzyczeć, że wokół wszędzie się pali. Wszyscy w wielkim pospiechu ubrali się i pobiegli w kierunku nieopodal zlokalizowanej plebanii. Na nasze szczęście, towarzyszyli nam w tej ucieczce w formie ochrony polscy „istribitkowie” z koropieckiego  Istribitielnego Batalionu, dzięki którym udało się poprzez wybite szyby w oknie wejść do wnętrza plebanii. Bardzo utrudnione było także dostanie się na jej piętro, bowiem ci, którzy się tam wcześniej ukryli przed napadem, schody zaszalowali deskami i je wywoskowali, by utrudnić ewentualny napad banderowców i ułatwić sobie obronę. Poradzono sobie i z tym problemem poprzez wyciąganie na piętro linami. Dzięki Bogu i pomocy „Istribitków”, wszyscy dostali się na piętro i byli w jakimś sensie bezpieczni. Ochrona na zewnątrz była tylko do czasu. Potem obronę przyjęli mieszkańcy plebanii.

Ja przeżyłem szczególnie ten czas. Ukryłem się ze strachu na strychu pomiędzy belkami i zmarznięty obserwowałem przez lufcik w dachu tą straszliwą pożogę, przy akompaniamencie świszczących kul i oddalonych jęków mordowanych Puźniczan. Dopiero o świcie dowiedziałem się, gdzie znajduje się moja rodzina no i że jestem wujkiem dla nowo narodzonej dziewczynki, której nadano imię Miecia.

Poranne promyki słońca odkrywały ogrom tragedii. Po opuszczeniu wsi przez banderowców, rozpoczęło się  poszukiwania swoich bliskich. Pomordowanych trudno rozpoznawalnych Puźniczan zbierano przez kilka dni. Wszystkich pochowano w zbiorowej mogile na miejscowym cmentarzu. W Puźnikach w tą nocną środę popielcową  zamordowano, jak pamiętam, około 70 osób i spalono większą część  zabudowań mieszkalnych i gospodarczych wsi.

Wszyscy Ci, którzy przeżyli tą makabryczną noc, zamiast radowania się pogodnym niebem, wspaniałą mroźną zimą, przeżywali wewnętrzny dramat, rozpacz, strach i ból po utracie bliskich. Zapanował powszechny lęk, obawa o dalsze życie i niewiarygodny żal, rozpacz i smutek. Po napadzie, jeszcze przez jakiś czas mieszkaliśmy w Puźnikach. Trzeba było pogodzić się z myślą, że i tak musimy je opuścić .

Dzieci Borkowskich nie były uczestnikami tego dramatu, bowiem Józef Borkowski 10 lutego jakby przeczuwając, zawiózł Danutę, Rysie i Zdzisławę do Buczacza, a sam powrócił, by zabrać trochę dobytku i żywności. Niestety nie dane mu to było. Został zakłuty przez banderowców bagnetami i wrzucony do ognia w pobliżu  słynnego rowu znanego dziś jako rów Borkowskiego a matka Janina została ciężko ranna.

Ja wspominał Stefan Dancewicz, jego matka a moja Ciocia Honorata Dancewicz, uratowała się w ostatniej chwili przed niechybną i nie wiadomo jak tragiczną  śmiercią:

Gdyby nie Wielka grota [kapliczka obok kościoła], w której umieszczona była figura  Matki Boskiej,  za plecami  której  w ostatniej chwili ciocia  się schowała  obejmując Ją za szyję prosząc Ją cicho o ratunek. Szeptem wypowiadała słowa: „Przenajświętsza Matko ratuj mnie” i dzięki temu mimo, iż  w okropnym  przerażeniu w siarczystym mrozie, uratowała swoje życie.

Wyjazd

W końcu zdecydowano, że dla ratowania życia musimy opuścić naszą ojcowiznę. Opuszczano ją z nadzieją szczęśliwego powrotu, co niestety nigdy nie nastąpiło. Na wyjazd na Odzyskane Ziemie Zachodnie czekano kilka miesięcy w historycznym Buczaczu. Tu nad rzeką  Strypą, blisko znanego źródła Jana III Sobieskiego i w pobliżu ruin zamku otrzymaliśmy przejściowo parterowy domek (pokój z kuchnią o niespełna 30 metrów kw.). Nasza 6 osobowa rodzina plus trzymiesięczna córka siostry Janiny. Mieszkaliśmy tak blisko pół roku. Ja, jako najmłodszy zajmowałem się sprzedażą przypraw do mięs, którą z braćmi przywieźliśmy z niemieckiej przetwórni mięsnej w Puźnikach. Robiłem także z przewodów elektrycznych spinki i sznurówki do butów, które także sprzedawałem na bazarze. Za uzyskane pieniądze kupowałem mąkę i inne produkty spożywcze na święta wielkanocne.

Podobnie jak my, wielu innych Puźniczan wyjeżdżało z całymi rodzinami i z tym wszystkim, co pozostało. Większość tych rodzin przeprowadzała się do Buczacza, gdzie zajmowali pożydowskie wolne mieszkania. W pierwszych dniach czerwca ogłoszono, że będą podstawione wagony do wyjazdu na Ziemie Odzyskane.

Tragedie, jaką przeżyli Puźniczanie w złotych strofach dla potomnych zawarł Edmund Działoszyński w „PUŹNICKIEJ BALLADZIE„.

„Warszawa nie istnieje”

Mojej ukochanej wsi Puźniki już niema. Ze wspomnień wielu byłych mieszkańców Puźnik, którzy mieli okazję i odwagę odwiedzić po latach swoją rodzinną wieś, wynikało jednak,  że jeszcze w 1946 r. mieszkało tam kilkanaście rodzin przywiezionych Łemków i Ukraińców w budynkach, które ocalały z tej pożogi. Utworzono nawet szkołę zbiorczą  w budynku plebanii dla Puźniczan i dzieci z okolicznych miejscowości.

Ale już w 1949r. w wyniku politycznych nacisków tamtejszych władz sowieckich a także specyficznej negatywnej propagandy Ukraińców, podjęto decyzję o likwidacji tamtejszych „chutorów” do których wliczono ocalałą część wsi Puźniki.

I stało się, Puźniki przestały fizycznie, przynajmniej dla rodowitych mieszkańców istnieć na zawsze. Po dawnej sielankowej świetności ludzi Puźnik, którzy przez wieki żyli szczęśliwie, choć w  wielkim trudzi i znoju, ale na swoim i wśród bliskich. Dziś pozostali  już tylko nieliczni mieszkańcy tej wsi rozsiani w zachodniej Polsce. W ich sercach pozostał tylko głęboki ból, serdeczny żal i wspomnienia, jakby z zamierzchłych czasów. Ci, którzy odwiedzali te niegdyś piękne tereny byli smutnymi świadkami, że nie ma już najmniejszego śladu z dawnych Puźnik. Pozostałe tylko chaszcze i zarośla, a nawet powysychały urokliwe kryniczne zdrowotne źródełka.

 

Bogusław Krowicki, Niemysłowice
Bogusław Krowicki, Niemysłowice 1951

 

Bogusław Krowicki
Na sesji MRN w Opolu po objęciu funkcji Zastępcy Przewodniczącego Prezydium MRN

 


[1] Najprawdopodobniej były to polskie samoloty, które ewakuowały się do Rumunii 17-go września 1939. Samoloty leciały wtedy dość nisko i bardzo blisko Puźnik (eskadra myśliwców, 64 eskadra bombowców, 141 i 142 eskadra bombowców). Natomiast pociski „dum-dum”, to musiał być jakiś inny okres wojny.

[2] Podczas okupacji niemieckiej, oddziały policji ukraińskiej były formowane z mieszkańców pochodzących z okolicznych wsi, głównie z Koropca.

[3] Pani Wiesława Łapiak, wnuczka Marii Koryzna, przekazała nam informację, że Tusia została przywieziona do Marii Koryzna przez jej siostrę Józefę Kostecką, która pracowała u rodziców Tusi. Tusia  miała wtedy 8 miesięcy i przebywała w domu Marii do 1945 roku. Po wojnie, Tusia Tannenzapf wyjechała do Kędzierzyna-Koźla, następnie do Niemiec a później do Kanady. Rodzice Tusi, którzy ukrywali się u Joanny Krowickiej, to Wilhelm i Charlota z domu Mandel.
Tusia nazywa się obecnie Renate Krakauer i żyje w Toronto.

[4] Inny świadek tego zdarzenia, Stanisław Baraniecki, wspomina, że Danutę Borkowską, która dotarła czołgając się do Puźnik od strony Zalesia, pierwszy zauważył w trawie młody Żyd o imieniu Michał, który wziął ze sobą granat myśląc, że to skradają się banderowcy. Gdy zobaczył konającą kobietę, podniósł ją i przeniósł do najbliższej zagrody. Michał ukrywał się podczas wojny u Kosińskich i nie wiadomo, jaki był jego los po wojnie.

Przeczytaj wcześniejsze wspomnienia Bogusława Krowickiego:

Moja rodzinna wieś Puźniki




Moja rodzinna wieś Puźniki – wspomnienia Bogusława Krowickiego

Bogusław Krowicki Bogusław Krowicki 1970

Gdzieś tam na zachodniej Ukrainie, niemal na granicy województw, Tarnopolskiego i Stanisławowskiego położona była wieś Puźniki. W ponad 270 gospodarstw domowych w których  zamieszkiwało około 900 mieszkańców (wg zapisów z 1931 r Puźniki liczyły 1411 osób).  W  ponad 90% byli to z krwi i kości Polacy. Pozostali mieszkańcy, to Ukraińcy, bądź małżeństwa mieszane polsko-ukraińskie. Była to na ówczesne czasy zwarta zabudowa wioski na osi wschód zachód, rozciągająca się na łagodnym stoku wzgórza, opadającego ku północy do strumyka, zbierającego wody z licznych źródeł. Strumyk płynął wzdłuż głównej zabudowy wsi  poniżej stoku,  początkowo płytkim rowem aby przejść następnie w głęboki jar w okolice tak zwanego Klukowa i Kopanek, by mijając wieś skręcić na południowy zachód.

Puźniki, to wieś o ciekawym  krajobrazie  i położeniu. Usytuowana była w lekkiej niecce, rozciągającej się na przestrzeni ponad trzy kilometry.  Podzielona była na centrum, gdzie mieściły się takie budowle jak Kościół wraz z ogromną trzy dzwonową dzwonnicą mosiężnych dzwonów, dużej murowanej kaplicy z wielką  figurą Matki Boskiej oraz piętrową plebanią, dach której pokryty był blachą. Wszystko to otoczone było wysokim murem w kierunku wschodnim, zwany był „tamtym końcem” a w przeciwległym kierunku na zachód w spadzistej  części wsi rozlegał się tzw. „Kluków”.

Ze wspomnień starszych, rodowitych mieszkańców Puźnik życie tu płynęło spokojnie choć w wielkim rolniczym trudzie. Puźniki, to prawie wielka spokrewniona ze sobą rodzina. Wszyscy byli sobie bliscy. Puźniczanie zajmowali się przede wszystkim rolnictwem, oraz rzemiosłem. Gospodarstwa były małe, bowiem od dziesięcioleci dzielono pola na dzieci zakładające nowe rodziny, aby im zapewnić źródło utrzymania. Dla niektórych jedynym ratunkiem egzystencji na małych gruntach była uprawa tytoniu. Plantacja tytoniu na kliku arach dawała pracę  od wiosny, do późnej jesieni.

Sytuację  wsi Puźniki polepszył znacznie nowy proboszcz ks. Karol Chmielewski, który okazał się być bardzo przedsiębiorczy. Zorganizował m.in. kurs tkania dywanów, zainicjował założenie kółka rolniczego, które otworzyło później własny sklep, doradził uruchomienie zlewni mleka, dzięki czemu śmietanę i masło sprzedawano do miasta a chude mleko i serwatka pozostawała na potrzeby gospodarstw.

Szarzyznę życia mieszkańcom ubarwiały wyjazdy na odpusty, oraz jarmarki w okolicznych miasteczkach. W każdym dniu tygodnia, gdzie indziej. Największy i najbardziej uczęszczany był organizowany w Potoku Złotym.

Nie było żadnych różnic wśród dorosłych, dorastającej młodzieży i dzieci. Mieszkańcy otaczali się wzajemnym szacunkiem, udzielając sobie wzajemnej pomocy, głównie przy różnorodnych pracach w okresie letnich żniw i jesiennych zbiorach płodów rolnych. Rzecz by można za poetą: „wsi spokojna wsi wesoła”. Taka była ta piękna wieś Puźniki. Dziś zapewne zasługiwałaby na miano kwiecistego i urokliwego uzdrowiska.

Nie tylko w okolicach i bliskim sąsiedztwie wsi i miasteczek, ale także w ościennych województwach; tarnopolskim i stanisławowskim, znana była z ogromnych sadów i dorodnych owoców, po które przyjeżdżali kupcy  z różnych stron ościennych województw.

Wieś od zarania jej dziejów zabudowana była różnorodnymi budynkami mieszkalnymi i gospodarczymi, jak na owe czasy okazałymi, wokół których rosły ogromne ilości drzew, głównie owocowych, jabłka, grusze, śliwy i czereśnie. Szczególnego wymiaru dawało wsi piękno w okresie wiosennym,  kiedy rozpoczynało się pora  kwitnienia drzew owocowych i jesiennym w mozaice różnorodnych barw i kolorów. To piękno i urok zachwycał nie tylko mieszkańców wsi.

Jej położenie, klimat i ciekawi ludzie, docenili zakonnicy z la Sallette z Francji [Saletyni], osiedlając się w Puźnikach na początku XX wieku [gdy Puźniki były już parafią dzięki staraniom ks.Zellera]. Ze wspomnień mieszkańców, m.in. Mieczysława Koryzny  zapisanych w pamiętnikach „Na Rubieży” nr 4/14/1995, że ci zakonnicy wybudowali dużą, piętrową Plebanię, o której wcześnie wspominałem, założyli Seminarium Duchowne dla młodzieży męskiej. Pierwszymi organizatorami byli o.o. Dante, Gotie, Piccard i to właśnie im Puźniki zawdzięczają ożywienie kulturalne i gospodarcze, np. pierwsze bite drogi z kamienia.

Ojcowie Saletyni doświadczeni skutkami rewolucji francuskiej robili wszystko, aby miejscowa ludność żyła zgodnie ze sobą i sąsiadami Rusinami. Ks, Zeller na krótko przed śmiercią – 1916 –  miał powiedzieć na jednym ze swych kazań: „wielka burza nadciąga ze wschodu i zachodu, módlcie się żeby nie nawiedziły Was pożary i zgliszcza”. Te jego prorocze  słowa  niestety spełniły się 29 lat później.

W tejże publikacji „Na Straży” podano że, w 1918 roku do Puźnik przybył ks. Karol Chmielewski, wypędzony z Rosji i został proboszczem miejscowej parafii, gdzie wykonywał swoje posłannictwo do 1937r. Jemu także  Puźniczanie zawdzięczają bardzo wiele. On był organizatorem „Kasy Stefczyka”, Kółka Rolniczego, „Zlewni mleka”, Stowarzyszenia Katolickiego”.  Pomagał wielu organizacjom; „Strzelca” i „Strzelczyka”, „ Klubu teatralnego” orkiestry i chóru.

Chór prowadził Józef Biernacki, organista kościelny, u którego już na Ziemiach Odzyskanych uczyłem się gry na skrzypcach. W  1937 roku chór ten zajął II miejsce w konkursie powiatowym w Buczaczu, za programy takie, jak „Matulu Moja”, „Nad Niemnem” i „Przyjaciele Sokołowie”. Istniał także chór mieszany, obsługujący uroczystości w kilku sąsiednich parafiach. Nie skromnie podam, że Ja byłem najmłodszym uczestnikiem tego chóru. Miałem też okazję śpiewać w kościele solo m.in. „Avę Maryja”. Podobno dla uczestników mszy świętej było to niezwykle wydarzenie.

W budynku  szkolnym  urządzona była scena, gdzie  wystawiano sztuki ; m.in. „Karpaccy Górale”, „Mundur Swatem” i inne.

W centrum obok szkoły zlokalizowane było przedszkole, prowadzone przez siostry zakonne oraz sklepik spożywczy  tzw. „kółko” prowadzone przez mego ukochanego  dziadka Maksymiliana Borkowskiego, popularnego w Puźnikach „Maksia”  Bardzo często lubiłem przesiadywać w tym sklepie, tym bardziej że dziadek pozwalał mi na częstowanie się różnymi słodkimi smakołykami. To były najwspanialsze smaki jakie z tamtych czasów pamiętam.

Dzielnice wsi

Część wsi idąca z centrum w kierunku wschodnim, jak wspominałem, nazywano „Tamtym Końcem”, a na jego północnym krańcu była osada zwana  Zagajówka. W kierunku zachodnim poniżej zbocza rozciągał się tzw. Kluków i Kopanki. Na północnej stronie od centrum wsi zlokalizowana była Nagórzanka. Na stoku wzgórza południowego, rozciągały się tzw. Tłoki, a na ich wschodniej stronie był Gnilec (tu ojciec Szczepan miał część pól uprawnych), zaś na  zachodniej stronie  rósł ogromny grabinowy las,  obok którego szła droga do gminy Koropiec  a dalej  na zachód z ogromnego kamiennego zbocza (wapień) podziwiać było można widoki  na Kopanki i Kluków, a dalej na horyzoncie ukazywały się piękne lasy na tzw. Broszniowskim.

W oddali gdzieś na horyzoncie  widoczne były proszowickie lasy mieszane, obfitujące w różnorodne runo leśne, maliny, jeżyny i ogromne ilości grzybów, głównie prawdziwków. Amatorów na runo leśne było wielu a szczególnie na grzyby. Ja z siostrą i braćmi bardzo często zbieraliśmy te cudowne wytwory natury.

Wokół wsi po Zalesie, Śniożęta w kierunku Barysza i Nowosiółki rozciągały się połacie gruntów, podzielone w formie zagonów pól  uprawnych. Były to  urodzajne gleby pszeniczno buraczane tzw. czarnoziemy.

Krowiccy i Borkowscy

Puźniki, to wieś gdzie swoje  korzenie zapuścili pradziadkowie i dziadkowie  rodzin Krowickich i Borkowskich. Niestety w pamięci autora i Jego najbliższych, brata Zdzisława stryjecznego brata Stanisława i sióstr Borkowskich, szczegóły znane są tylko o dziadkach i niewiele o pradziadkach. Wg opowiadań stryja Janka, dla syna Stanisława  o dziadku jako dziesięcioletniemu chłopakowi opowiadał hr. Cielecki. Wówczas stryj się dowiedział że, Jego dziadek pochodził z zubożałej szlachty z Wileńszczyzny. Brał On udział w powstaniu styczniowym. Po rozproszeniu Jego oddziału przez Rosjan, przedostał się, jak wielu innych jego kolegów przez granicę do Galicji i osiadł w Puźnikach.

Jak na owe czasy pradziadkowie i dziadkowie Krowiccy byli dość majętni. Posiadali 12 morgów ziemi uprawnej, trzy piękne sady o wielu drzewach owocowych i krzewach, parę karych koni, sześć krów i mnóstwo drobiu (gęsi, kury, kaczki). Posiadali również niezbędny sprzęt rolniczy. Jako wielcy plantatorzy tytoniu mieli dużą suszarnię.  Głównymi produktami rolniczym, była tradycyjna uprawa czterech zbóż, konopie, buraki cukrowe i pastewne oraz ziemniaki. Wytwarzali również różnorodne warzywa. Obok domu mieszkalnego były: duża  obora, stajnia, kurnik i chlew.

Krowiccy byli bardzo wierzącymi katolikami. W każdą niedzielę i wszystkie święta z całą rodziną uczestniczyli w nabożeństwach. W godzinach popołudniowych poddawali się nastrojowi chwili, racząc się dobrym jadłem i trunkami w naturalnym środowisku pod drzewami w sadzie. W młodzieńczych latach  ich życia,  kościół do którego uczęszczali był wzniesiony z drewna i ledwie wystarczał dla mieszkańców Puźnik. Murowany duży kościół z pięknym prezbiterium, balaskami i  dużymi organami  wzniesiono pod koniec życia dziadków.

Dziadek Stanisław zajmował się gospodarstwem i produkcją rolniczą a babcia Maria wychowywaniem dzieci i pracami domowymi. Najbardziej dla dziadka opłacalne były plantacje tytoniu, za który otrzymywał wysokie wynagrodzenie pieniężne. Tytoń dostarczał do fabryk w Dubienko i Monasterzyskach. Dobra prosperita na gospodarstwie pozwoliła dziadkom przyjąć do pracy służącego, 18 letniego  Zygmunta Kwietnia  z Komarówki i służącą 18 letnią  Karolinę z Jezierzan. Byli Oni bardzo pomocni w gospodarstwie i przy zagrodzie, byli też dobrze  opłacani. Niezależnie od służących, w okresie szczytowych prac polowych dziadek wynajmował robotników. Praca w polu była bardzo ciężka, wówczas przy braku odpowiednich narzędzi i maszyn, wiele prac wykonywano ręcznie. Pługi, brony, sieczkarnie, kosy, sierpy, łopaty, widły i grabie, były podstawowymi narzędziami pracy i wymagały  dużego wysiłku fizycznego i dobrego zdrowia. Zboże koszono kosami lub też rżnięto sierpami.

W roku 1904 dziadek zasobny w środki finansowe, pozwolił sobie na zakup w Horodence pięknej bryczki i nowoczesną uprząż dla koni. Jeździł nią głównie do Monasterzysk, Buczacza i Koropca celem załatwiania różnych spraw administracyjnych, a także dla  utrzymywania kontaktów z Żydami handlującymi głównie  owocami. Żydzi również  sami przyjeżdżali do Puźnik i osobiście nadzorowali kupno jabłek i innych owoców. Często również kupowali młode cielaki i różnorodny drób. Pozyskane środki pieniężne, pozwoliły także na wybudowanie w 1907 roku nowego domu, o którym wcześniej wspomniałem. W tym czasie Dziadek miał 35 lat a babcia 33.

Nowy dom stworzył bardzo dobre warunki do życia dla pięciorga dzieci, korzystających z dobrodziejstw dobrego bytowania. W tym czasie większość prac spoczywała jednak na barkach służącego Zygmunta i Karoliny.

W 1910 r. dziadek Stanisław odkupił duży sad, ponad jedną morgę na Nagórzance, od mieszkającego obok Rozowskiego i tam dosadził wiele nowych drzew owocowych, (jabłonie, grusze, czereśnie, wiśnie i wiele krzewów).

Z opowiadań rodziców moich, dziadek bardzo się obawiał o nie przed  zapowiadaną srogą zimą (tam zawsze byłe śnieżne i mroźne), dlatego dokładnie owijał drzewka słomą by ją dobrze przetrwały. Ta czynność stała się później tradycją. Każdą następna zimę drzewa zabezpieczano okłotami ze słomy. Na wiosnę, kiedy sad przepięknie zakwitał, dziadkowie byli przeszczęśliwi, że ich praca nie poszła na marne.

Dziadek Stanisław już w 1912 r. bardzo serdecznie się zaprzyjaźnił z Maksymilianem Borkowskim, ojcem mojej mamy Joanny. Cały czas sobie wzajemnie pomagali i przyjaźnili się ze sobą. Okres ten mimo niezłej prosperity, był dla mieszkańców Puźnik bardzo przykry, bowiem zawitała do wsi groźna choroba, zwana tyfusem plamistym. W okolicznych wsiach zmarło wiele osób. Kilka osób zmarło także w Puźnikach. Podobno dziadek bał się tej choroby, jakby przeczuwał, że coś niedobrego się stanie. Ukojenie znajdował razem z Maksymilianem w spotkaniach przy wódce. Do domu wracał późno, martwiąc tym babcię Marię.

Borkowscy 1909

Maksymilian Borkowski z żoną Kornelią w 1909r i moją mamą Joanną

Maksymilian Borkowski 1918

Maksymilian Borkowski w wojsku 1918r

 

Epidemia tyfusu

W sylwestrową noc 1913r, Krowiccy  wraz ze służbą uczestniczyli w balu sylwestrowym. Niestety był to bal w którym, po północy w Nowy Rok 1914 dał o sobie znać tyfus. Na dziadku pojawiły się pierwsze plamy tyfusu. Mimo, iż natychmiast przewieziony został do szpitala do Koropca, ratunku dla niego nie było. W tym czasie także zachorowała babcia Maria. Ją również zawieziono do Szpitala. Przełom roku był dla dziadków tragiczny. Oboje zmarli 5 stycznia 1914 r.  Dzieci nie mogli ich zobaczyć bowiem nie pozwolono otwierać trumien, które dostępnymi wówczas środkami były przed pochówkiem dezynfekowane.

Dziadkowie pozostawili nieletnie sieroty, które musiały sobie radzić w dalszym życiu. Dziećmi zaopiekowali się, aż do pełnoletniości służący, Zygmunt i Karolina. Podobno Jan i Szczepan nieźle sobie radzili na gospodarstwie. Kontynuowali tradycje rodzinne. Nadal ich głównym celem była plantacja tytoniu , produkcja 4 zbóż i rozwijanie sadownictwa. Ten kierunek produkcji dawał dobre efekty i niezłe pieniądze.

Dom rodziców

Ta wspólnota nie trwała zbyt długo. W pewnym momencie doszli do wniosku ze trzeba dokonać podziału majątku po rodzicach. Dorobek życia dziadków  podzielono między siebie bezkonfliktowo. Eleonora zrezygnowała na rzecz brata Szczepana ze swojej części. Pole w zasadzie w całości powierzono memu ojcu Szczepanowi. Przypadła mu Nagórzanka wraz z otaczającym sadem, pole w centrum wsi także z sadem i pole  w tzw. Gnilcu, łącznie 12 morgów. Szczepan przejął także prawie cały inwentarz żywy (w tym; parę karych koni, kilka krów). Pozostałe rodzeństwo było przez niego spłacane. Od tego czasu był już liczącym się we wsi  gospodarzem, jak mówiono  pełną gębą. Wkraczał w wiek, kiedy trzeba było założyć własną rodzinę. Poniższe zdjęcia  dziadków z moją mamą, zachowały się jakimś cudem przed spaleniem wsi Puźniki.

Podczas wcześniejszych rozmów z przyszłym teściem, Maksymilianem Borkowskim, ojcem Joanny oraz jego drugiej żony Poli z domu Poterłowicz, która  była wdową i miała dwie córki: Stanisławę i Zosię, Szczepan usłyszał zapewnienie że, po śmierci otrzymają cały majątek, łącznie ze sklepem spożywczo – monopolowym i zgromadzonymi w emisyjnym banku w Monasterzyskach oszczędnościami pieniężnymi. Jak na młode małżeństwo, moim  Rodzicom  żyło się  całkiem dobrze. Młodzi mieli duże wsparcie finansowe  ze strony dziadka „Maksia”. Usytuowanie ich 4-ro izbowego murowanego  domu, choć słomą krytego, było miejscem szczególnym.

W środku Nagórzanki, gdzie znajdowały się zabudowania młodych małżonków, znajdowała się „niecka” o długości około 500 m i szerokości około 50 m, środkiem której ze źródła z górnej części niecki, wypływała krystalicznie czysta i zdrowa woda. Było jej sporo; około 800-900 litrów na minutę. Zaopatrywało się w nią blisko 100 gospodarstw domowych z centrum wsi. Tu w specjalnym pięciometrowym drewnianym  żłobie, pojone były konie i krowy, tychże gospodarstw.

Do  poszczególnych domostw donoszono wodę w dwóch wiadrach, głownie kobiety na tzw. koromesłach  (tą miarą zamiast zegarków  posługiwano się także w ocenie zachodzącego słońca).  Źródełko to miało uniwersalny charakter. Niewykorzystana woda zasilała tzw. kiernicę, w  której w wydzielonej części,  kobiety  prały bieliznę. Wydzielona była również  część tej kiernicy z  przeznaczeniem na moczenia konopi, które później odpaścieżano a wyczesane włókna przerabiano w ręcznych warsztatach tkackich. Szczególne umiejętności w tej materii posiadali nasi sąsiedzi Kretowie, którzy na dość prymitywnych warsztatach tkackich, wyrabiali głównie chodniki, ale także dywany i  ścienne  kilimy. Ostatecznie woda ta zasilała potok płynący wzdłuż wsi od strony północnej w kierunku zachodnim do Klukowa i Kopanek. Ówczesna wieść niosła, że kiedyś dawno temu tę wodę  sprzedawano.

W tej niecce  na naszej Nagórzance, rosły przepiękne okazy drzew owocowych, jabłonie, grusze, śliwy, czereśnie, wiśnie  i mnóstwo krzewów owocowych. Był to bardzo urokliwy zakątek, szczególnie wiosną kiedy przyroda ukwiecała cały sad  wielobarwnymi kolorami. I tu właśnie, w tym bajecznym miejscu, młodzi Krowiccy, Szczepan i Joanna z domu Borkowska, powołali  na świat czworo  dzieci: Janinę, Zdzisława, Jana  i mnie Bogusława.

Żadne życie nie jest tylko sielanką. Krowiccy mieli to szczęście, że do czasu okupacji żyło im się całkiem dobrze. Cieszyli się uznaniem wśród sąsiadów Nagórzanki a także mieszkańców wsi. Były w ich życiu różne wydarzenia zarówno radosne, jak przykre i smutne. Do  przyjemnych przeżyć zaliczyć można sześciotygodniowy  pobyt u przyjaciół w Paryżu, o którym wielokrotnie wspominali zachwycając się jego urokiem. Podczas ich nieobecności, służący nie zadbał jednak o bezpieczeństwo gospodarstwa. Efektem tego była kradzież dwóch karych koni, uwielbianych przez ojca Szczepana i wiele innych wartościowych rzeczy. Mimo żmudnych poszukiwań, także przez policję koni nigdy nie odnaleziono.

Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. Tak też było w ich przypadku. Podczas nieobecności rodziców, służąca Tekla zajęła się pracą w ogrodzie koło domu. Wyrywała tytoniowe wysuszone  badyle układając je w wielką stertę. Podpaliła ją i z radości skakała przez ogień, aż do momentu kiedy zapaliło się jej ubranie. Ubrana była grubo, więc ogień błyskawicznie strawił jej ubiór. Mimo iż w pobliżu była woda, nie dotarła do niej i spaliła się żywcem. Służący Wasyl miał w tym dniu przepustkę i przebywał w rodzinnym domu w Zalesiu. Rodzice po powrocie z Paryża, po otrzymaniu tej smutnej i tragicznej wiadomości byli zszokowani i zdruzgotani. Chcąc nie chcąc musieli się pogodzić z zaistniałą sytuacją. Zakończyło się to wydarzenie pogrzebem zorganizowanym przez Szczepana oraz  ekwiwalentem dwu  tysięcy złotych dla jej rodziców. Były to na tamte czasy wielkie pieniądze. Oszczędności z plantacji tytoniu nie wystarczyły. Ojciec sprzedać musiał także trzy morgi pola. W spłacie pomagał dziadek Maksio. Po śmierci Tekli zrezygnował z pracy służący Wasyl, którego też musiał odpowiednio wyposażyć.

W tym dramatycznym 1932 roku 17 grudnia  ja się urodziłem

Moje narodziny najmłodszego syna Bogusława, nie zapowiadały się optymistycznie. Podobno dzień ten był śnieżny i bardzo  mroźny, a moje przyjście na świat zapowiadało szybkie z niego odejście. Opowiadała mi mama, że zaraz  po urodzeniu byłem bardzo schorowany i słaby, ledwie dawałem oznaki życia. Uznano wówczas że trzeba szybko iść do kościoła i ochrzcić mnie by moja grzeszna duszyczka nie błąkała się gdzieś tam w przestworzach. Chrzest odbył się już 18 grudnia a dzień ten przyniósł mi imię Bogusław a na drugie  Kazimierz. Tak rozpoczął się mój ziemski żywot, wśród moich najbliższych w mojej ukochanej rodzinnej wsi Puźniki.

Podobnie jak na całym  „Podolu” żyło się tu w Puźnikach skromnie. Rolnicy ciężką i żmudną pracą od świtu do późnych godzin nocnych wykonywali swoje obowiązki by sprostać potrzebom życia  swych rodzin. Dla młodych, którzy nie znali wówczas innego dziś lepszego „zachodniego”  życia, był to czas sielankowych przeżyć w poznawaniu rzeczywistości, choć nie zawsze przyjemnej i łaskawej dla mieszkańców wsi. Życie  przebiegało tu jak na tamte czasy zwyczajnie, w kieracie obowiązków wśród dorosłych a młodzież i dzieci  korzystali z dobrodziejstw natury, nauki w ochronce (obecnie przedszkole) i szkole powszechnej. Tu w Puźnikach  ukończyłem cztery klasy szkoły podstawowej.

Plany moich rodziców (głównie ojca) wybiegały daleko w nieznaną lepszą przyszłość. Ich realnym zamiarem było przesiedlenie się do Wilna. Na podstawie podpisanych porozumień z nowym przyszłym właścicielem naszego gospodarstwa, któremu sprzedano część pola, a pozyskane pieniądze przekazano na konto zakupu nowego  gospodarstwa wraz z ziemią na obrzeżach  Wilnie. Niestety marzenia te prysły jak bańka mydlana.

Zbliżająca się, nieoczekiwanie druga  wojna światowa, uniemożliwiła spełnienie optymistycznego finału. Tym razem dobry los zmienił się w koszmar zbliżającej się  pożogi wojennej.

 

Ciąg dalszy wspomnień Bogusława Krowickiego:




Boso po śniegu, uciekając przed śmiercią – wspomnienia Stanisława Baranieckiego

Stanisław Baraniecki

Wspomnienia Stanisława Baranieckiego (ur. 1932) z dzieciństwa oraz młodości w Puźnikach, utrwalone 11 i 12 stycznia 2021 r. przez Adama Baranieckiego.

Opracowanie redakcyjne: Anna Zaleska

Mój Tato to Antoni Baraniecki (ur. 1888), a Mama Sabina z domu Działoszyńska (ur. 1893). Miałem jeszcze sześcioro rodzeństwa: Franciszkę, Józefę, Marię, Stefana, Emilię i Stanisławę.

Rodzice pobrali się w maju 1914 r. Po kilku tygodniach po ślubie Tato wyjechał na kilka lat do pracy w Chicago w Stanach Zjednoczonych. Wybuch wojny spowodował, że Ojciec wrócił dopiero w 1920 r. Mama w tym czasie mieszkała u rodziców Ojca z moją babcią Emilią z domu Poterałowicz. Rodzina Poterałowiczów w Puźnikach była jedną z większych i zasiedlali kilka gospodarstw. Natomiast rodzina Baranieckich w Puźnikach była tylko jedna. Za to Tato miał wielu braci: Stanisława (ur. 1887), Jana Kantego (ur. 1893), Karola (ur. 1899), Michała (ur. 1902) oraz  Juliana (ur. 1905)

Bracia Taty

Stanisław po I wojnie światowej zamieszkał w powiecie wejherowskim w gminie Luzino. Jan po zdaniu matury musiał pójść na przeszkolenie wojskowe. Podchorążówkę skończył ze stopniem oficera rezerwy CK Armii, a potem studiował historię – specjalność nauczycielską. W wyniku wybuchu I wojny światowej został zmobilizowany, trafił do niewoli we Francji, gdzie wstąpił do Armii Hallera. Kolejny brat taty Karol na ochotnika został przyjęty do wojska podczas wojny polsko-bolszewickiej. Trafił do żandarmerii wojskowej. Wojnę zakończył w stopniu podoficera.  Natomiast Julian do ślubu mieszkał w Puźnikach. Ożenił się w Monasterzyskach i tam pracował jako robotnik przy obróbce drewna.  Michał wybudował sobie w Puźnikach nowy dom oraz stodołę połączoną z oborą i zajmował się rolnictwem.  W związku z tym, że znał się trochę na budowlance, to nie raz dorabiał sobie przy budowie domów.

Rodzinne gospodarstwo

Nasz dom stał na skarpie, na fundamencie kamiennym. Miał dwa wejścia, pierwsze reprezentacyjne z gankiem, a drugie z boku od strony rowu.  Rów stanowił granicę pomiędzy gospodarstwami Baranieckich a Stanisławskich, a następnie wpływał do potoczku. Przy kuchni znajdowała się piwnica. Wejście do piwnicy było zamaskowane, więc można było w niej schować się w każdej chwili, co w czasach wojny było bardzo ważne. W nocy spałem w kuchni, więc do piwnicy miałem najbliżej. Od strony podwórka przy domu były budynki gospodarskie: owczarnia na 40 owiec, kurnik, stajnia, chlewnia, stodoła, wozownia razem z drewutnią, a w niej wozy z drabinami, sanie, maszyny.

Hodowaliśmy krowy, trzodę chlewną, parę koni, owce, kury, kaczki, gęsi i gołębie. Razem ze Stefanem zajmowaliśmy się końmi – Gniadą i Krasą. W całym powiecie tylko u nas były konie o takiej maści. Jak jechaliśmy wozem, to wiadomo było, że to Pan Baraniecki jedzie.

W sadzie rosły: grusza, jabłoń, a tuż przy rowie czereśnie, kolejna grusza i śliwa renkloda. To właśnie ta śliwa została podmyta przez wodę z rowu i przewróciła się. Wiosną poszliśmy do lasu, by nakopać dużo sadzonek wierzb, aby obsadzić tamten, podmywany przez wodę brzeg skarpy.

Głód ziemi i fasola na przednówku 

W Puźnikach, większość gospodarstw była mała i dlatego głód ziemi był duży. Do tego rąk do pracy wiele, a pracę poza rolnictwem trudno było znaleźć. Dlatego niektórym trudno było związać przysłowiowy „koniec z końcem”. Niektórzy, żeby trochę dorobić obrywali czereśnie, które rosły na drzewach samosiejkach. Takich czereśni było naprawdę sporo. Ludzie obrywali je i nosili na targ do Monasterzysk. Choć ich cena była bardzo niska, bo za litr płacono 1 grosz, to zawsze w ten sposób można było zarobić parę groszy, by kupić chociażby drożdże potrzebne do pieczenia chleba.  Pracę dawał także gajowy w lasach hrabiego Badeniego. Pracowali tam głównie młodzi mężczyźni.

Najwięcej ziemi należało do parafii i zakonu. My tuż za gospodarstwem mieliśmy sad i łąki, aż do potoku. Za potokiem była najżyźniejsza ziemia, bo deszcze zmywały spore warstwy gruntu z położonych niedaleko pagórków. Za ogrodami tereny nazywano „hołdą”. Tereny te były używane sezonowo, głównie wiosną i jesienią, kiedy wystarczająco było deszczu, by urosła tam trawa i można było wypasać zwierzęta. Podczas upalnego lata tereny te były suche i już nie nadawały się na pastwisko. Ziemi uprawnej brakowało i dlatego tytoń uprawialiśmy na tzw. karczówce, znajdującej się po lewej stronie drogi z Puźnik do Zalesia.  Ojciec kupił je po powrocie ze Stanów Zjednoczonych. Nie były to dobre ziemie, bo po wykarczowanym lesie, ale nic więcej nie można było dokupić.

Na lepszych i średnich glebach w Puźnikach uprawiano pszenicę, koniczynę, kukurydzę, jęczmień, Na tych gorszych żyto i owies, a na najgorszych ziemniaki. Konopię uprawiano w ogrodzie i z niej pozyskiwano włókno oraz olej. Tłocznia oleju znajdowała się  w wiosce Huta za Zalesiem. By lepiej wykorzystać ziemię, to między rzędami kukurydzy sadzono fasolę i mak. Natomiast na około kukurydzy sadzono konopie na olej i grube powrozy potrzebne w gospodarstwie oraz bób. Konopie moczyło się na Kopankach. Fasola starczyła na cały rok, a bób na pół roku. Na przednówku nie było głodu, bo była fasola.  Z kukurydzy robiono mąkę, ale z niej nie pieczono chleba.  Ze zmielonej na grubo robiono kołuciuchę na śniadanie, a ze zmielonej na drobniejsze krupy mamałygę i kuleszę. Zwierzętom też dawano ziarna kukurydzy, ale najgrubiej zmielone oraz tzw. kukurydziankę, czyli paszę przygotowaną z łodyg i suszonych liści.

Potoczek, jak saneczkowy tor

Przez wieś – od Zagajówki płynął potoczek. Najszerszy był przy kiernicy (wiejska studnia). Tam też znajdował się mostek. Jak było suche lato, nie trzeba było z niego korzystać, bo potoczek wysychał i wtedy przechodziliśmy dołem.  Z kiernicy korzystali zarówno ludzie, jak i zwierzęta. Dla zwierząt woda wpływała  do żłobu, z którego w jednym czasie można było poić trzy konie. Natomiast przy potoczku była specjalna kładka, by kobiety mogły tam prać. Oczywiście przed praniem trzeba było namoczyć ubrania. Pamiętam, jak Junka (Józefa) najpierw moczyła ubrania w domu. Potem wyciskała je w takim specjalnym urządzeniu i dopiero potem szła nad potoczek. Zimą potoczek był zawiany śniegiem, więc braliśmy snopek siana lub miednicę i zjeżdżaliśmy z góry, jak na sankach. Saneczkową trasę można byłoby rozpocząć na naszej skarpie, a zakończyć w korycie potoku, ale na przeszkodzie stało gospodarstwo naszego sąsiada za rogu Mariana Stanisławskiego. Znalazł się jednak taki odważny, który jadąc na sankach chciał je ominąć i wjechał do domu sąsiada.

Święta i amerykańska maszyna do szycia

Mama zimą zajmowała się wytwarzaniem włókien z konopi, tak by nadawały się do przędzenia. Pamiętam, jak jedną nogą kołysała Staszkę, a drugą przędła nici. Potem nici trafiały do starszego Ukraińca, który po ojcu został tkaczem i miał odpowiedni warsztat. Z tego materiału Mama na maszynie do szycia, którą przywiózł jej mój Tato z USA szyła prześcieradła, ręczniki, ubrania. Ten Ukrainiec miał tylko warsztat, kury i pasiekę, więc przywoziliśmy mu pszenicę dla kur oraz inne produkty, a w zamian otrzymywaliśmy także miód. Ludzie przynosili mu także kawałki starych materiałów, z których robił bardzo ładne, kolorowe chodniki.

Zimą zawsze najbardziej czekaliśmy na Święta Bożego Narodzenia i to było najwspanialszy czas, bo była choinka, siano pod obrusem, snop pszenicy koło pieca i słoma na ziemi [od red. snop i słoma nazywane były Dziadem i Babą]. Potem słomę po świętach palono. Przygotowania do świąt odbywały się także w gospodarstwie. Na podwórzu stały ładnie ułożone sterty narąbanego na całe święta drewna. Zwierzęta otrzymywały dodatkowe jedzenie. Łamano się z nimi również opłatkiem, bo u rolników członkami rodziny były też zwierzęta domowe. A u nas na wigilii był barszcz, kutia, łamańce – to takie placki z białej mąki pieczone na blacie kuchni z miodem i makiem.

Razem było weselej

W Puźnikach był sklep prowadzony przez kółko rolnicze. To tam były najniższe ceny. Sklep mieścił się w budynku wybudowanym przez mieszkańców w ramach czynu społecznego i jedyne opłaty były przeznaczone na pensję sprzedawcy. Dlatego nikt nie był w stanie wytrzymać konkurencji z tym sklepem, nawet Żyd, który prowadził karczmę zrezygnował z robienia interesów w Puźnikach.

Rzemiosłem we wsi zajmowały się dwie rodziny: Dancewiczów – kowalstwem oraz Kretów – ciesielką i kołodziejstwem. Pamiętam, jak przed wojną realizowali dla nas zamówienie. Rodzina Kretów zrobiła nam wóz drabiniasty, uniwersalny do prac rolnych, do przewożenia narzędzi oraz zbierania plonów, gównie zboża, a u Dancewiczów okuliśmy jego koła. Natomiast wóz na wyjazdy do miasta, był znacznie krótszy i z ławeczką do siedzenia. Wóz ten był tak zrobiony, że można było rozkładać jego boczne ścianki.

Mieszkańcy we wsi często spotykali się przy wspólnych, sąsiedzkich pracach i był to czas wspólnego śpiewania oraz żartowania. Tak było zwłaszcza zimą, gdy młócono zboże, fasolę czy kobiety przędły wełnę albo darły pierzę. Wspólne też było wypasanie zwierząt. Pamiętam, jak z Edkiem Biernackim całymi dniami wypasaliśmy krowy. Kolegowaliśmy się, mimo, że Edek był młodszy ode mnie. Wraz z nastaniem wojny ta przyjazna atmosfera zniknęła, a pojawił się strach i walka o przetrwanie.

Ukrywanie Żydów w Puźnikach

Księdzem w Puźnikach, w czasie wojny był Kazimierz Słupski. Zastąpił on bardzo lubianego księdza Jana Lacha. Ksiądz w Puźnikach miał największą gospodarkę. Ksiądz Lach był lubiany i szanowany, bo był bardzo pracowity. O szóstej rano odprawiał mszę, a o ósmej już był w polu. Sam orał, kosił, woził, młócił. Natomiast ksiądz Słupski podczas wojny przechowywał profesora gimnazjum w Buczaczu dra Adolfa Kornguta.  Na początku Żydzi z getta w Buczaczu myśleli, że wykupią się za pośrednictwem Rady Żydowskiej. Część z nich zapłaciła złoto, ale wolności nie zyskali, tylko rozstrzelano ich.  Dlatego inni postanowili znaleźć sobie jakąś kryjówkę. Wśród tych, którzy trafili do Puźnik dominowała inteligencja żydowska z Buczacza: lekarze, nauczyciele, adwokaci. Przyjaźnił się z nimi polski adwokat Kozakiewicz i to on przyjechał do księdza Słupskiego. Plebania była duża, murowana, piętrowa, więc przygotowano piwnicę jako kryjówkę. Ksiądz Słupski w niedzielę głosił takie kazania, że Niemcy go chwalili, więc nic nie podejrzewali.

Nie tylko na plebani byli ukrywani Żydzi. U znajomej Mamy pojawił się chłopiec o imieniu Michał – niby jej daleki kuzyn. Potem w tajemnicy powiedziała ona Mamie, że to ksiądz poprosił ją, by przyjęła Michała, jako  chłopaka do pomocy. Zaprzyjaźniłem się z Michałem, choć był starszy. Kiedyś stanął w mojej obronie przed starszymi chłopakami. Na początku nie wiedziałem, że Michał jest Żydem. Dopiero, kiedyś przez przypadek podsłuchałem, jak wujek Stach rozmawiał z Mamą. Zapytał ją wtedy: – A Stach wie, że Michał to Żyd? Mama odpowiedziała: – Nie wiem, ale bardzo się przyjaźnią.

U ciotki Tońki [Antonina Działoszyńska] też ukrywała się Żydówka wraz z córeczką [od red. Adela Krun wraz z córką Mirą]. Dziewczynka była blondyneczką, bardzo ładnie mówiła po polsku, odmawiała pacierz, więc nie ukrywała się, a w niedzielę razem z innymi chodziła do kościoła na mszę. Jej mama była nauczycielką, a tato, po którym odziedziczyła blond włosy był oficerem. Na początku ukrywali się razem w leśniczówce na granicy powiatu buczackiego. Wieś, w której na skraju znajdowała się leśniczówka była w większości zamieszkała przez Ukraińców. To Ukraińcy przyuważyli, że leśniczy kupuje za dużo chleba. Jeden z Ukraińców ostrzegł leśniczego, że może spodziewać się rewizji. Ten jednak zdecydował, że żydowska rodzina zanocuje i dopiero rano opuści leśniczówkę.   Jednak, gdy rankiem wychodzili, zauważyli jak zbliża się uzbrojona grupa ukraińskich policjantów. Zaczęli uciekać, ale na śniegu zostawiali ślady i łatwo było ich wytropić. Mąż Żydówki  powiedział, że muszą się rozdzielić, a ona powinna iść do Puźnik na plebanię. Jak dotarła do naszej wsi, a wtedy było tam już sporo Niemców, to bojąc się, że ktoś ją rozpozna, zapukała do ciotki Tońki.  Poprosiła ją o nocleg. Ciotka przyjęła ją, od razu zorientowała się, że to Żydówka, która szuka schronienia. Wszyscy Żydzi, którzy ukrywali się w Puźnikach przeżyli wojnę, także Michał.

Krowie łajno, kopniak i aresztowanie Stefana

Podczas okupacji niemieckiej w Puźnikach mieściła się szkoła podoficerska. Niemieccy oficerowie i nie tylko, byli pokwaterowani we wioskowych domach. U nas w dużym pokoju także był zakwaterowany Niemiec. Dlatego ja ze Stefanem spaliśmy w stodole. Wnieśliśmy do stodoły sanie i mieliśmy bardzo wygodne łoże. Zakwaterowany u nas Niemiec wysyłał mnie po obiad do kuchni polowej, która znajdowała się przy dzwonnicy. Dostawałem menażkę składającą się z trzech części i przynosiłem mu zupę, gulasz i budyń. Gdy już skończył jeść musiałem tę menażkę umyć w potoczku. Jeden ze starszych kolegów powiedział, że jak już wymyję menażkę piaskiem, to mam ją napełnić krowim łajnem, które było przy kiernicy, a potem spłukać. Jak przynosiłem czystą menażkę, to nie słyszałem żadnego „danke”, tylko dostawałem kopniaka w pupę. Gdy w naszej wiosce już roiło się od Niemców, to Stefan przeniósł się na strych, bo ukrył tam swojego kolegę Stacha [Stanisław Uruski], syna sąsiadki zbiegłego z niemieckiego transportu.

Pewnego razu do mojej siostry Frani, która zajmowała się szyciem Niemiec przyniósł do naprawy mundur. Gdy Frania prasowała ten mundur wyjęła z jego kieszeni złożoną mapę oraz busolę, a potem zapomniała je włożyć ponownie. Odłożoną mapę naszych terenów i busolę zabrał na strych Stefan. Gdy mieszkający u nas, Niemiec podpatrzył, że sąsiadka pod fartuszkiem przynosi jedzenie na strych, postanowił sprawdzić, co tam się dzieje. Gdy zobaczył tam dwóch chłopaków, wezwał wsparcie. Niemcy znaleźli mapę, busolę oraz lejce z niemieckimi napisami. Podejrzewali, że Stefan i Stach są szpiegami, nawet, że zabili jakiegoś Niemca i zabrali mu te rzeczy. Stefana bito tymi lejcami, by się przyznał. A te lejce to ja mu przyniosłem.

W gospodarstwie Działoszyńskich stacjonowało dużo Niemców. Na stojącym na podwórzu wozie leżało mnóstwo nowych, skórzanych uprzęży konnych, przygotowanych na zaopatrzenie frontowe. Pewnego dnia pojawił się tam ksiądz Słupski. Akurat nikogo nie było, a gdy zobaczył mnie kręcącego się w pobliżu, zawołał mnie do pomocy. Ksiądz zrzucił z wozu te uprzęże, a ja schowałem je pod snopkami słomy. Gdy niemieckie wozy odjechały na front poszliśmy po te uprzęże. Zapakowaliśmy je do worka i zanieśliśmy do kościoła i schowaliśmy za główny ołtarz. Za pomoc ksiądz dał mi te lejce. Pomyślałem, że można z nich zrobić dwa paski do spodni – dla mnie i dla Stefana. No i tymi lejcami bili Stefana, aż koszula,  w której był zrobiła się ruda od krwi. Zabrali Stefana, ale na całe szczęście udało mu się uciec z transportu  w Tarnowie.

Podchorążówka w Puźnikach

Oddziały partyzanckie Batalionów Chłopskich, które były w lasach koło Puźnik  swoją bazę miały w Monasterzyskach. Ze względu na położenie Puźnik zapadła decyzja, że to w naszej wiosce powstanie podchorążówka. Założycielami podchorążówki byli trzej przedstawiciele rządu londyńskiego. Szefem tej komórki był mój nauczyciel Mieczysław Warunek, porucznik rezerwy. Był bardzo lubianym pedagogiem. Podczas wojny mieszkał naprzeciwko stryja Michała u rodziców swojej żony.  Miał dwie córki, a jak urodził mu się syn, to po siedmiu dniach został aresztowany przez sowietów. Zesłano go do Kazachstanu, gdzie pracował w kopalni.   Mieczysław Warunek przyjaźnił się ze Stefanem, a Frania narysowała jego portret. Miał dwie córki, a jak urodził mu się syn, to po siedmiu dniach został aresztowany przez sowietów. Podobnie, jak łączniczka Mieczysława Borkowska. Wywieziono ich na Sybir w 1944 r. i do Polski powrócili po10 latach. Trzecim przedstawiciel rządu londyńskiego był gajowy Józef Rozowski.

Podchorążówka powstała w gospodarstwie Jana Działoszyńskiego, znajdującym się opodal Kościoła i cmentarza.  Jan Działoszyński został zesłany na Syberię i z niej nie wrócił, a jego gospodarką zajmował się jego syn Józef, który udostępnił budynki na potrzeby podchorążówki. Główną rolę w szkole odgrywała Weronika Wąsikowa z Monasterzysk.  W Wielkanoc w 1944 r. zamordowali ją banderowcy. Poćwiartowali ją i jej szczątki rozrzucili po polu.

Murzynko z UPA

Ukrainiec, którego pamiętam tylko imię – Michał [Michaił Oleksiuk], miał ciemną karnację i przezwisko „Murzynko”. Najpierw pracował u Hałuszczyńskich, ale oni zwolnili jego.  Wybłagał, więc  u ojca, by go zatrudnił.  Mieszkał w tzw. Kizi należącej do Nowosiółki, z którą sąsiadowały Puźniki.  Ożenił się z Martą znad Dniestru [wieś Ostra] i miał córkę Marusię. Kiedyś pojechaliśmy na  pole, które było własnością Marty i zasadziliśmy im ziemniaki. Pamiętam, jak patrzyłem wtedy na Dniestr.

Kiedyś byłem u tkacza, który był sąsiadem Michała i zamierzałem odwiedzić Martę i Marusię.  Wtedy tkacz, powiedział – „Ty do niego nie chodź, on nie jest dobrym człowiekiem. Dziwię się, że on tak długo u Was pracował. Kiedyś Michał, to był bardzo pracowity człowiek, teraz jemu odbiło”.  Potem dowiedzieliśmy się, że był jednym z głównych członków UPA w swojej wsi. Zrozumiałem też dlaczego tak kiedyś mnie wypytywał, gdy pojechałem na koniu na nasze pole, gdzie rosła koniczyna. Koń się pasł, a ja ciąłem koniczynę dla konia i królików. Pamiętam, jak Michał podszedł do mnie i wypytywał się, co u nas słychać, co słychać we wsi.

Przy drodze na Barysz było duże gospodarstwo, w którym ukrywano żydowską rodzinę. Murzynko dowiedział się o tym i zorganizował napad na to gospodarstwo. Zamordowali wszystkich. Krowy, konie i wiele rzeczy zabrali, a gospodarstwo spalili. Nasza partyzantka po śladach doszła za bandą do Kizi i złapali Murzynka. Podczas przesłuchania przyznał się do tego mordu oraz do innego – w gospodarstwie koło Puźnik. To Murzynek był przywódcą tej bandy i za swoje zbrodnie stanął przed sądem.

Lód kuł mnie w bose stopy    

Wraz z trwaniem wojny banderowcy coraz częściej napadali na Polaków. Najpierw dokonywali pojedynczych morderstw, potem napadali na całe domostwa [od red. pierwsze spalone gospodarstwa w Puźnikach należały do Franciszka Markowskiego, Mariana Boskiego i Jana Uruskiego], a następnie na wioski.  Zaczynali od podpalania gospodarstw znajdujących się na skraju wsi. Kolejny napad zimą, chyba w 1943 r. w lutym był całkiem blisko nas. Banderowcy podpalili Franka Markowskiego, który był naszym niedalekim sąsiadem. Ogień bardzo szybko zajął dom, chlewnię, stodołę i resztę gospodarskich budynków. Banderowcy ustawili się za potokiem, na górce i strzelali. W naszym domu od łuny z pożaru zrobiło się aż jasno. Wszyscy wybiegli z domu i zaczęli chować się w rowie. Nagle zorientowali się, że mnie nie ma. Ja tymczasem spałem w najlepsze. Wrócili po mnie, nie mogli mnie dobudzić, więc rzucili na mnie poduszkę i zabrali w prześcieradle. Nie zabrali mojego ubrania i butów, a ja byłem tylko w koszuli do spania. W rowie leżałem na tej poduszce. Potem ruszyliśmy do gospodarstwa Biernackich, które znajdowało się najbliżej. Uznałem, że sam będę szedł i nikt nie musi mnie nieść. Nie miałem butów, więc szedłem na boso. Sam śnieg nie był taki straszny, tylko ten moment, kiedy stopami dotykałem znajdujący się pod nim lód. Aż mnie kłuło od tego zimnego lodu.  Jak tylko przyszliśmy do domu Biernackiego, to dał mi on spodnie Edka. Podwinąłem nogawki, a Biernacki przyniósł wiadro śniegu. Powiedział, że jak włożę tam nogi i będę czuł zimno, to oznacza, że nie odmroziłem sobie nóg. Włożyłem do wiadra nogi, a śnieg zaczął się powoli topić. Potem Biernacka dolała do wiadra wody, dała mi do picia ciepłego mleka z masłem. Nad ranem Stefan poszedł po moje ubranie i buty. Wróciłem do domu i od razu zasnąłem. Obudziłem się po południu i okazało się, że nie miałem nawet kataru.

Kwiatek Józef zalecał się do Frani, więc bywał u nas prawie codziennie. Gdy w wigilię 1943 r. wracał z pracy na kolei w Czortkowie, to pod jaworem został zamordowany. Dopiero po świętach znaleziono jego zwłoki tylko w bieliźnie. Natomiast jego młodszy brat [Eugeniusz], by mieć z czego utrzymać matkę i siostrę poszedł do takiej niemieckiej organizacji przyfrontowej tzw. „bandystów”, która miała gwarantować stałą i dobrą  pracę. Pamiętam taką piosenkę:
U bandysty dobra zupa, litra wody i jedna krupa. A fasola jak znajdesia, to bandysta aż trzęsiesia.
Okazało się, że pracował za grosze, a cała ta formacja służyła do celów propagandowych. Wszyscy byli umundurowani i pracowali tuż przy froncie. Jak już wojna skończyła się, to strasznie się wstydził tego, że pracował u „bandystów”.

Rzeź w Baryszu i Zalesiu

Kilka dni  przed tym, jak banderowcy napadli na Puźniki, najpierw zaatakowali Barysz, potem ruszyli na Zalesie. Kto wchodził do Zalesia tego dnia, był zatrzymany przez banderowców.  Od nas wtedy 11 osób, szło przez Zalesie do młyna, do Monasterzysk, do tłoczni oleju, huty i w inne miejsca. Z tych osób przeżył Markowski, którego strasznie pobili i nieprzytomnego na saniach do Puźnik przywiózł sam koń. 15-letnią Borkowską, której siostra działała w polskim podziemiu zgwałcono, a następnie włożono jej lufę pistoletu do ust i strzelono. Przeżyła, bo pocisk przeleciał bokiem. W Zalesiu znalazł się także mój kolega Franek Jasiński. Poszedł tam z mamą. Gdy banderowcy spędzili Polaków w jedno miejsce, jeden z mieszkających tam Ukraińców, wysłał swojej syna, by podszedł do Franka i złapał go za rękę oraz poprowadził do ukraińskich dzieci, które tuż obok patrzyły na wszystko. Potem zabrali Franka do domu. Niestety jego mama zginęła wraz z innymi, których poćwiartowane ciała spalono w suszarni tytoniu. Jej bliscy rozpoznali jej zwłoki jedynie po kolczyku w uchu.

Mieszkańcy Puźnik też obawiali się o swoje życie, tym bardziej, że prawie wszyscy mężczyźni w ramach powszechnej mobilizacji przeprowadzonej przez władze radzieckie trafili na front.  Pozostali sami najstarsi i najmłodsi.  W dzień w ramach oddziałów samoobrony warty trzymały dziewczęta i chłopcy w moim wieku. Dowodził nami Żyd Michał, który był przecież moim kolegą. Ja miałem za zadanie pilnowanie terenów przy gospodarce Biernackich i drogi na Zalesie

Jak jechaliśmy do Buczacza przez Barysz – tę część w której w lutym 1945 r.  wymordowano 135 mieszkańców i spalono ich domostwa,  to w co drugim gospodarstwie, w ogródkach leżeli jeszcze pomordowani, a to były już dwa dni po tym, jak napadli na nich banderowcy.  Ich zwłoki były porąbane, domy, zagrody gospodarskie i zwierzęta popalone. Unoszący się zapach spalenizny powodował, że koń strasznie płoszył się. Pamiętam, jak zobaczyłem w kanale baryskim, przy takiej zastawce regulującej przepływ wody do lokalnej gorzelni, zwłoki dziecka. Widziałem dokładnie, jak miało przebity brzuszek, a ostrze przechodziło przez plecy. Stali tam jeszcze dwaj banderowcy, w takich białych pelerynach, tak by nie byli widoczni na śniegu.

Fasola, ziemniaki i odwilż

W nocy z 12 na 13 lutego 1945 r., gdy banderowcy dokonali rzezi na mieszkańcach Puźnik, w naszym rodzinnym domu była tylko Mama i Emilka. Przeżyły, bo schroniły się na plebanii. Gdy tylko nastał dzień Mama wraz z Emilką przyszły na pieszo do nas do Buczacza.  Przyniosły na plecach worki z fasolą, którą dzień wcześniej młóciły. Fasola była nadpalona, ale byliśmy zadowoleni, że mamy coś do jedzenia. Byliśmy głodni, więc jedliśmy ją. Z czasem od tej fasoli, aż nas w żołądku kuło, zwłaszcza jak popijaliśmy ją wodą.

Pod koniec marca pożyczonymi saniami wraz Frankiem [Działoszyńskim] i Bronkiem [Działoszyńskim] pojechaliśmy do Puźnik, bo tam były przecież ziemniaki w kopcach. Spotkaliśmy księdza Wawrzyńskiego, kapelana Batalionów Chłopskich, który bardzo dobrze żył z miejscowym popem i dlatego Ukraińcy nic mu nie zrobili. Na wyjeździe z Buczacza stał z pepeszą żołnierz. Baliśmy się, że nas nie puści. Wtedy ksiądz powiedział, żebyśmy jechali normalnie, a gdy tylko zbliżymy się do niego mamy przyśpieszyć. Baliśmy się, że zacznie do nas strzelać. Jednak ksiądz uspokoił nas, że tak nie będzie i faktycznie udało nam się. Żołnierz tylko strasznie krzyczał, ale nie strzelał w naszą stronę. Gdy dojechaliśmy do Puźnik, ksiądz zostawił nas i poszedł do sąsiedniej Nowosiółki Koropieckiej. Wieczorem otworzyliśmy kopiec i załadowaliśmy sanie workami z ziemniakami. Worki przykryliśmy słomą, która potem miała być na paszę dla zwierząt. Bronek zapalił w kuchni w swoim domu i piekliśmy ziemniaki, a na blaszce placki, tak byśmy mieli jeszcze na śniadanie. Z samego rana wyjechaliśmy z Puźnik i po drodze, jak przejeżdżaliśmy przez Barysz przyszła odwilż. Baliśmy się, że nam się sanie rozwalą. Jak już wjeżdżaliśmy do Buczacza, to sanie były całe w wodzie. Jeden z nas prowadził konia koniu, a dwóch popychało sanie. Nasi bliscy obawiali się, że przez tę odwilż nie wrócimy, ale udało nam się.




Atak UPA na Puźniki w 1945 wg wspomnień Zbigniewa Szczupaczyńskiego

Zbigniew Szczupaczyński - wspomnienia 1945Publikujemy wspomnienia Zbigniewa Szczupaczyńskiego dotyczące ataku UPA na Puźniki w roku 1945, będące kontynuacją wspomnień przedstawionych we wcześniejszym artykule „Puźniki 1939-1944” i stanowiące tylko fragmenty obejmujące same Puźniki. Prezentowane poniżej wspomnienia tragicznej nocy z 13 na 14 lutego 1945 autora odnoszą się wydarzeń mających miejsce w Klukowie, które były przysiółkiem Puźnik.

Nowy rok 1945

Zbliżał się nowy, 1945 rok. Zapamiętałem północ sylwestrową. Nowy rok przywitaliśmy wyjątkowo radośnie, licząc na jego przychylność włącznie z końcem wojny. Kto miał broń palną, rakietnicę – oddawał salut powitalny na część nowych nadziei i lepszych czasów. Te strzały, a szczególnie rakiety wystrzeliwane w powietrze były dla okolicznych wiosek ukraińskich dowodem, że Puźniki dysponują siłą i są gotowe do odparcia każdego ataku.

Warty

Ale były to jedynie pozory. Prawda była inna. Wielu mężczyzn ubyło z rodzinnych domów. Jednych NKWD aresztowało, innych powołano do wojska. Obrona pozostała w rękach starszych panów i „młodzieńców”. Wieś przeto została poważnie osłabiona i obowiązkiem każdego, kto mógł udźwignąć karabin, było w jakiejkolwiek formie brać udział w czuwaniu i ewentualnej obronie. Zorganizowano kilka punktów obserwacyjnych połączonych w jeden system alarmowy.

Mój udział w tym łańcuchu działań zapobiegawczych był skromny. Wraz z innymi dwa razy w tygodniu obserwowaliśmy przedpole Klukowa oraz drogi wiodące do Puźnik. W tym celu wchodziliśmy na „horb”, czyli na wzniesienie zwane z ukraińska „horbem”, i tam wypatrywaliśmy wroga. Najprzyjemniejsze dyżury były nocą, szczególnie gdy księżyc oświetlał śniegiem przykrytą ziemię. Bawiliśmy się w zimowy sposób przez całe godziny swojego dyżurowania. Mroźny blask księżyca podkreślał piękno krajobrazu, który zachęcał nas do sportów zimowych.

Aby jednak sumiennie pełnić swoje dyżury, nie tracąc ani na chwilę z pola widzenia naszych sektorów, tworzyliśmy rotację, jedna grupka obserwowała, druga zjeżdżała w dół do Potoczka. Po dwóch, trzech zjazdach następowała zmiana. Takie zmiany pozwalały nam nie tylko rozkoszować się zjazdami (na sankach, nartach), ale jednocześnie dawały możliwość przy wejściu na górę – rozgrzania się. Przecież była to zima z niskimi temperaturami. Dla nas młodych były to najpiękniejsze igraszki zimowe, chociaż w scenerii karabinu.

Tak w ciągłym wyczekiwaniu upłynął nam styczeń. W lutym babcia [Genowefa Poterałowicz] zaproponowała, żeby wychodzić na nocleg do cioci Kasi [Katarzyna Komarnicka z d. Poterałowicz]. Z domu babci, w razie napadu, mamy długą drogę ucieczki rowem do lasu. Ciocia mieszkała trochę na uboczu, pod osłoną skarpy z jednej strony i bliżej lasu, a zabudowania położone były tuż nad wąwozem.

Zaczęła się wędrówka. W każdy wieczór wychodziliśmy z domu do cioci, pomimo że przy takiej ilości osób wygód tam nie było. Sypialiśmy na podłogach, jak śledzie w beczce, w ubraniach, zdejmując jedynie buty. U cioci na noclegi zbierała się cała rodzina i niektórzy mieszkańcy Klukowa. Bywały noce, że oprócz domowników na nocleg zgłaszało się dwadzieścia osób dodatkowo. Tak długie czuwanie i niewygody nocą trochę nas wszystkich zmęczyły i uśpiły. Nawet młodym znudziły się harce zimowe.

Koniec karnawału

Zbliżał się koniec karnawału. Zaczęliśmy organizować u Leszka [Poterałowicza] tańce i ci, którzy byli wolni od dyżuru, przychodzi na tańce. Były to moje pierwsze kroki taneczne, jeżeli chodzi o taniec towarzyski. Przygrywano na grzebieniu, łyżkach, a stół i przykrywki do garnków służyły jako perkusja. Nie mieliśmy nafty. Izbę oświetlaliśmy łuczywem, co było przyczyną dodatkowej uciechy karnawałowej.

Często izba była pełna młodzieży w różnym wieku. Zabawy te zwykle trwały do północy. Po zabawie, gdy do cioci Kasi docierałem, wszystkie miejsca zwykle były już zajęte. Z tego powodu często nie wysypiałem się i po nocy, po powrocie do domu, odsypiałem swoje braki.

Trzynastego lutego kończył się karnawał i kończył się czas zabaw. Zakończenie karnawału zorganizowaliśmy jak zwykle u Leszka. Rozgrzaliśmy kuchnię, do popiołu drzewnego wsypaliśmy sporą ilość ziemniaków, ktoś przemycił trochę samogonu i rozpoczęła się zabawa na sto dwa. Bawiliśmy się (nie tylko tańcem) do prawie dwunastej.

Środa Popielcowa

Kiedy po zabawie dotarłem do cioci, była już Środa Popielcowa, zaczął się dzień 14 lutego 1945 roku. Jak w każdą noc, położyłem się obok innych śpiących już osób, zdejmując jedynie trzewiki, kurtkę i marynarkę, i natychmiast zasnąłem, a może jeszcze szybciej. Dobrze już spałem, gdy nad śpiącymi ktoś wykrzykiwał: banderowcy… uciekać do lasu.

Ktoś inny zaczął mnie tarmosić i krzyczeć: wstawaj i uciekaj… Zerwałam się z podłogi półprzytomny nie wiedząc, co mam czynić. W izbie powstała panika, jedni usiłowali coś na siebie włożyć, inni wyskakiwali na podwórko, a wszyscy nawzajem ciągle się nawoływali. Usłyszałem głos mamy. Ponaglała babcię do wyjścia. Chwyciłem swoje buty i wyskoczyłem boso na podwórko. Zetknięcie z zimnym śniegiem otrzeźwiło mnie zupełnie. Buty trzymając cały czas w ręku nałożyłem na bose, mokre nogi.

Łuny palącego się Klukowa i ryki zwierząt przeraziły mnie tak bardzo, że nie mogłem poradzić sobie z zasznurowaniem swoich butów. Sąsiednie domy już się paliły, a w ogrodach widać było poruszających się bandytów, niektórzy z nich biegli w naszą stronę z palącymi się pochodniami. Z naszego podwórka strzelano z broni strzeleckiej. Kilka osób osłaniało naszą ucieczką do wąwozu i dalej w las. Nawoływano do pośpiechu, a ja nadal nie mogłem sobie poradzić przy sznurowaniu trzewików.

Na podwórku ciągle jeszcze słychać strzały naszej osłony, chociaż swąd palących się domów wraz z dymem dolatywał do nas coraz mocniej. Ktoś mnie mocno pchnął w kierunku wąwozu i gdy znalazłem się już w wąwozie odzyskałem w pełni zdolność oceny sytuacji. W wąwozie stwierdziłem, że nie byłem sam. Niektórym mieszkańcom Klukowa udało się dotrzeć do nas i razem ruszyliśmy w dół w kierunku lasu. Niektórzy dźwigali swoje „majętności”, wykazując potworne zmęczenie. Uciekaliśmy, aby jak najdalej znaleźć się od pożarów, od zagrożenia. Rozbiegały się rodziny, każdy schronić się chciał jak najskuteczniej i każdy schronienie to organizował na własną rękę.

Grożące niebezpieczeństwo często odbiera ludziom rozsądek i możliwości trzeźwego myślenia. Widziałem to w czasie tej ucieczki i sam tego doświadczyłem. Kiedy znalazłem się już na Kopankach zobaczyłem, że jestem wśród ludzi, ale bez najbliższych. Nie wiedziałem, co mogło się wydarzyć, czy aby wszyscy zdążyli opuścić mieszkanie przed podpaleniem? Dopiero po chwili ujrzałem mamę biegnącą razem z babcią. Obie były zmęczone. Staruszka nie nadążała i mama ją prawie ciągnęła.

Ukryć się przed banderowcami

Grupa ludzi, oszalałych ze strachu, powiększała się. Ciągle ktoś do nas dołączał. Za nami rozprzestrzeniała się łuna palącego się już domu cioci Kasi. Z wąwozu na Kopankach widoczne było niebo gorejące, niebo we wszystkich czarnych cieniach. Zaczęliśmy się nerwowo naradzać i szukać kryjówek.

Dołączył do nas jeszcze Janek [Działoszyński], syn cioci Działoszyńskiej. Był zmarznięty. Uciekł w jednej cienkiej wiatrówce, która w żadnym razie ogrzać go nie mogła. Ja chociaż miałem ciepłą marynarkę, a on był prawie nagi. Postanowiliśmy, że babcia razem z innymi podąży dalej do lasu, my zaś wdrapiemy się po skalistym stoku do młodnika grabowego. Skała w nocnej poświacie wyglądała jakby wisiała z lewej strony nad wąwozem. Co nas skłoniło wdrapywać się na nią? Racjonalnie uzasadnić nie potrafię. Wdrapując się na górę musieliśmy pokonać zwisy śniegowe i zamiast zatrzymać się w połowie na tej skale i zagrzebać się w śniegu, brnęliśmy dalej bez zastanowienia.

Gdy znaleźliśmy się w zagajniku wyszukałem stary szaniec zasypany śniegiem, w którym z łatwością urządziliśmy sobie „gniazdko”, przysypując się śniegiem. Na górze okazało się, że jest nas czworo. Za nami poszła córka sąsiadów, Bronka [Przybyłkiewicz], która jeszcze wczoraj partnerowała mi na zabawie. Mama w ostatniej chwili zabrała koc, który okazał się teraz być niezbędny. Wszyscy przytuleni do siebie, owinięci kocem i mamy jesionką, i przykryci śniegiem leżeliśmy bez ruchu.

Poczułem zmęczenie i senność, a po krótkim czasie potworny ziąb. Przez cały czas dolatywały do nas odgłosy strzałów oraz swąd dymu. Leżeliśmy w tym okopie nie wiadomo jak długo, bojąc się poruszyć i rozmawiać. W pewnym momencie usłyszeliśmy zbliżające się, coraz wyraźniejsze odgłosy prowadzonych rozmów w języku ukraińskim, a po chwili nawet skrzypienie śniegu słychać było bardzo wyraźnie. Wesoło opowiadali sobie, przekrzykując się nawzajem, swoje sukcesy… ilu który zabił, ile zagród podpalił… Zamarliśmy ze strachu, a zęby mi tak dzwoniły, że byłem pewny, że jeżeli przestaną głośno mówić, to dzwonienie moich zębów banderowcy usłyszą.

Wybór miejsca na schronienie był fatalny. Nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, że tak niedaleko przebiega droga, którą banderowcy będą wracać do swoich ciepłych i bezpiecznych domów po wykonaniu zbrodniczego zadania. Przeżyliśmy ciężkie chwile słysząc ich rozmowy. Odetchnęliśmy, gdy głosy te zaczęły się oddalać i z czasem umilkły. Siedzieliśmy nadal zlodowaceni, bojąc się poruszyć. Przejmujące zimno dokuczało nam coraz okrutniej. Tej nocy mróz przekroczył dwadzieścia stopni, a my półnadzy siedzimy w bezruchu zapaprani w śniegu.

Świt i zgliszcza

Strzały ucichły, łuny widoczne z naszego miejsca coraz słabsze, a przez rzadkie już dymy zaczyna świtać. Postanowiliśmy zejść do wąwozu. Na prawo, w dole dogorywał Kluków i cioci zabudowania. Zjechaliśmy po śniegu do wąwozu. Ludzie powoli wychodzili ze swoich kryjówek i zaczęli się gromadzić w wąwozie. Każdy badał z wielką ostrożnością teren, czy nie ma już zagrożenia. Jeden drugiego wypytuje o bliskich, znajomych. Rozgrzewamy się bieganiem, tupaniem, ale niewiele to pomaga. Ciało wyziębione niełatwo jest ogrzać. Decydujemy się wracać do Klukowa. Jeszcze nie wiemy, nie znamy finału nocnego polowania…

Dziś jeszcze wspominając tę noc, skóra mi cierpnie na grzbiecie. To była potworna noc. Ile to już razy byłem w śmiertelnym zagrożeniu i ile nacierpiałem się zimna, głodu i strachu, a przecież nie byłem żołnierzem walczącym na froncie, nie brałem udziału w walkach partyzanckich. Niech każda wojna i każdy, kto ją wznieca – będą przeklęci.

Nieśmiało i z wielką ostrożnością wracaliśmy wąwozem do swoich domostw. Woń spalenizny biła w nozdrza. Pierwsze pogorzelisko, jakie ujrzałem, to zabudowania cioci Kasi, które przed kilkoma godzinami opuszczaliśmy w popłochu. Spłonęło wszystko, nawet oddalona od zagrody suszarnia tytoniu. Wujek Komarnicki [Władysław] przed ucieczką zdążył wyprowadzić wszystkie zwierzęta, które teraz błąkają się po ogrodzie.

Kiedy doszliśmy do Klukowa, wtedy dopiero doznałem morza smutku i rozpaczy. To co zobaczyłem, było już tylko obrazem zgliszcz. Tu nie zdążono uwolnić żywego dobytku, ba, nie wszyscy mieszkańcy sami zdążyli ujść śmierci. Pod mostem kilka ciał pomordowanych, a wśród nich dziadek Anieli Krzywoń – bohaterki spod Lenino. W oborach zwęglone konie, krowy, a niektóre jeszcze się męczyły na uwięzi. Moje króliki, które przez przypadek nie utonęły w Dniestrze, doznały ciężkich poparzeń, a niektóre oślepły. Żal mi było zwierząt i nie wstydziłem się tego, żałowałem ich więcej niż ludzi, chociaż już w owym czasie często rozmyślałem nad niezrozumiałą dla mnie ludzką śmiercią.

Dom babci dogorywał. Kikut komina górował nad czarnym rumowiskiem. Wpadłem, nie bacząc na niebezpieczeństwo zawalenia się do wewnątrz. W naszej izbie wszystko spłonęło, a pośrodku trochę gruzu sufitowego i trochę zwęglonego zboża. Jedyną rzeczą nadającą się jeszcze do użytku w tych zwęglonych szczątkach, to samotnie wiszący na ścianie mój śniadaniowy garnuszek, ze złotą otoczką i z napisem, że w każdym domu rano pije się kawę. Był cały, jedynie złote napisy zbladłe.

Dotarłem do miejsca, w którym stała komoda przywieziona z Niżniowa. Z komody i jej zawartości jedynie garstka popiołu pozostała. Nad komodą wisiał obraz Kossaka, wierna kopia „Olszynki”. Pozostał jedynie zaczep na gwoździu. Najbardziej ubolewałem nad stratą dokumentów i pamiątek rodzinnych, a szczególnie pamiątek po moim ojcu. Nawet muszla morska, którą mi ojciec przed laty przywiózł z Gdyni i z wewnątrz której szumu morza nadsłuchiwałem, nie wytrzymała ognia. Popękała i pozostały jedynie okruchy. Zdjąłem ze ściany garnuszek i ostrożnie wydostałem się z tych zgliszcz.

Stanęliśmy z mamą przed spalonym domostwem pogrążeni w apatii, bez wizji dnia jutrzejszego. Takich obrazów nie da się zapomnieć, one zapadają człowiekowi w serce niczym rozległy, piekący ból zawałowca. Do Klukowa coraz więcej mieszkańców docierała do swoich zgliszcz i coraz więcej docierało do nas wieści, kto zginął, kto gdzie się skrył. Zjawiła się wreszcie oczekiwana babcia wraz z wujenką Lidzią [Poterałowicz]. Pamiętam, że wśród wszystkich rozpaczających jedynie babcia była jakby obojętna i pocieszała nas, że Bóg tak chciał, że mogło być gorzej, a wy jeszcze jesteście młodzi i wszystko odbudujecie. Pierwsza wojna, mówiła, także wszystko pochłonęła, zostałam z siedmiorgiem dzieci pod gołym niebem i dzięki Bogu poradziliśmy sobie. Teraz również winniśmy Bogu dziękować, że żyjemy. Zapamiętałem te słowa.

Ofiary i pogrzeby

Poszliśmy dalej do wioski, szukając pozostałych bliskich i ocalałego domu, w którym można by było się schronić przed zimnem. Ludzie chodzili jak lunatycy, nawet mało kto płakał. Wszyscy byli przerażeni i nawiedzeni głębokim smutkiem. Znoszono ciała ofiar. Niektóre były w przerażającym stanie. Byli też i ranni, którym udzielono pierwszej pomocy. Ci, którzy pozostali przy życiu, jeszcze tego samego dnia zorganizowali pogrzeb.

Wszystkie ofiary pogrzebano w dwóch mogiłach na cmentarzu Puźnieckim. Pośrodku mogiły postawiono, naprędce zbite drewniane krzyże, które ponoć do dziś stoją na mogiłach, w których spoczywa ponad 70 osób ofiar napadu. Ceremonia pogrzebu odbyła się w ciszy, bez płaczu i lamentu, co ponownie pobudziło moje rozmyślanie. Długo zastanawiałem się, jak to jest, że ludzie po jednym zmarłym rozpaczają głośno płacząc, omdlewają, ale gdy giną setki – pozostali przy życiu nie lamentują. Swoją rozpacz, swój żal przeżywają w ciszy i w skrytości. Dziś myślę, że w takich chwilach jesteśmy poniekąd uspokojeni, że ten los ofiar nie spotkał nas, że nie my staliśmy się ofiarami chociaż byliśmy tak samo narażeni. Tu zwycięża ludzki egoizm.

Po pogrzebie mieszkańcy zaczęli się gromadzić w domach, których nie spalono. Niewiele tych budynków oszczędzono. Nienaruszone budynki, takie jak szkoła i probostwo mogły pomieścić większą ilość ludzi i tam zorganizowano punkty zbiorowego żywienia, zajęto się sprawami tych, którzy pozostali przy życiu. Byliśmy bez perspektyw, ale żyć trzeba. Ale zanim coś się postanowi, każdy z żyjących otrzymał solidny obiad ugotowany przez gospodynie. Mięsa było w brud. Dobijano krowy, świnie i inne pomniejsze zwierzęta domowe, które ucierpiały w pożarach. Nikt nie pościł w Środę Popielcową. W czasie posiłku ludzie w przyciszonych rozmowach dzielili się wrażeniami, każdy opisywał co przeżył i co widział, wspominano też tych, którzy zginęli.

W przeciągu trzech miesięcy przeżyłem w potwornym strachu, raz walcząc z wodą i drugi raz walcząc ze śniegiem w czasie ucieczki. Banderowcy na Puźniki napadli ze wszystkich stron równocześnie po północy. Jeżeli napotkali na opór w jednym miejscu, szukali dojścia do wioski w innym. Wszystko, co żyło i ruszało się było dla nich celem. Zabijali czym w co był uzbrojony, strzałem z broni strzeleckiej, siekierami, nożami, nawet kołami. Część z tych siepaczy szli od domu do domu i podpalali.

W niektórych miejscach Polacy długo się bronili, a np. na probostwie bronili się skutecznie, odpierając atak za atakiem. W tej obronie widziano też ofiary po stronie atakujących, ale przy odstąpieniu, banderowcy swoich zabitych i rannych zabierali.

Uratowane niemowlę

Szeroko komentowano, jak jeden z mieszkańców w ostatniej chwili chwycił niemowlę z kołyski i wybiegł z nim w pole. Tam został trafiony pociskiem i padł razem z dzieckiem. Rano gdy go znaleziono, usłyszano płacz dziecka. Denat leżał twarzą do ziemi, podparty łokciami, a pod jego kożuchem, pod klatką piersiową, w ciepłym gniazdku kwiliło dzieciątko. Ile silnej woli musiał mieć przed skonaniem, że padając na twarz, aby nie udusić dziecka, upadł na zgięte w łokciach ręce i w tej pozycji zastygł. Dziecko płakało rano bardziej z głodu niźli z zimna i niewygód. Po obiedzie znalazłem w jednej z klas szkolnych cichy kąt, owinąłem się kocem i zasnąłem. Od tej pory nic więcej nie pamiętam.

Maria Jarzycka

[…]. W lutym 1945 r. w Zalesiu zamordowano kilka osób z Puźnik. Pamiętam, że z tej grupy ciężko ranne przeżyły dwie kobiety, w tym koleżanka mojej mamy Maria Jarzycka, która ciężko ranna (kilka ran postrzałowych) dowlokła się do domu pozostawiając w Zalesiu martwą 10-letnią córkę. Rozpacz matki po stracie jedynej córki nie wygasła przez całe jej życie. Ile razy odwiedzała w Niemysłowicach moją mamę, zawsze wspominała swoje dziecko ze łzami w oczach. Była nieszczęśliwą kobietą przez całe życie.

W 1945 r. w Koropcu, już po spaleniu Puźnik, w czasie leśnej obławy złapano dużą ilość banderowców. Jarzycka rozpoznała wśród nich jednego z tych, którzy strzelali do niej i do jej córki. Zapytano ją, jaką karę mu zasądza, a każda zostanie wykonana. Wielu w tym czasie wieszano bez sądu, dla odstraszenia. Jarzycka odpowiedziała na tę propozycję, że nie ona go sądzić będzie, niech go Bóg sądzi. Jeszcze tej samej nocy, dzięki zdradzie wartownika aresztu, razem z innymi oprawcami i ten złoczyńca uciekł. […]

Czas wyjazdu

Nie pamiętam, jak długo spałem i kiedy zdecydowano się na wyjazd z zaścianka. Nawet nie zachowałem w pamięci spalonych budynków w środku wioski. Pamiętam jedynie spalony Kluków. Może dlatego Kluków utrwalił mi się w pamięci, ponieważ byłem z nim emocjonalnie związany, tam w popiołach pozostała naszą tożsamość.

Sięgam pamięcią dopiero do dnia, w którym wyszliśmy z zaścianka w drodze do Buczacza. Całą społeczność podzielono na dwie grupy. Jedna grupa udała się do Koropca, druga do Buczacza. Nasza cała rodzina została skierowana do Buczacza. Szliśmy w nieznane opuszczając miejsce, w którym przeżyło wiele pokoleń moich przodków, których kości spoczywają na tutejszym cmentarzu. A przecież jeszcze kilka dni temu tętniło tu życie, które kształtowane było przez wiele pokoleń. Dziś z mozolnej ich pracy pozostają ruiny i garstka popiołu.

Po latach docierają do mnie wiadomości, że już nawet ruin nie ma, wszystko zarosło krzewami, sady zdziczały, drogi zanikły, a cała okolica wcale nie przypomina, że tam kiedyś żyli ludzie ze swoimi radościami i troskami. Pozostała jedynie kapliczka Matki Boskiej w Kamiennej jaskini. Mnie zaś często nawiedzają sceny ostatniej nocy: zimno, dymy, sterczący w ruinach komin i te przerażające odgłosy dochodzące ze spalonych obór.

Droga do Buczacza

Podróż do Buczacza była smutna i ciężka. Grupa nasza, którą stanowili członkowie kilku rodzin, była liczebnie dość pokaźna. Towarzyszyła nam jedynie furmanka, ta sama z której spadłem do Dniestru. Jarzycki ze swoją rodziną razem z nami podążali do Buczacza, w którym tylko nieliczni mieli znajomych, u których mogą się zatrzymać, pozostali liczyli jedynie na łut szczęścia, że znajdą jakiś dach nad głową.

Droga obfitowała w duże zaspy i nasza karawana poruszała się dość wolno. Pamiętam smutno – zabawne zdarzenie z tej podróży. Babcia moja, 69-letnia już kobieta, zmęczona, niefortunnie potknęła się i upadła. Ktoś jej pomógł wygrzebać się z obfitego śniegu i dalej nadal kroczyliśmy po tej nierównej drodze. W pewnym momencie babcia stanęła i woła: Dzieci moje, niech ktoś wróci, bo przy upadku zgubiłam rękę. Trzeba było babci perswadować, że ręka jest na miejscu, tylko z zimna straciła w niej czucie. Babcię wsadzono na wóz, owinięto kocem, ciągle tym samym, i mogliśmy maszerować dalej. Po kilkugodzinnym marszu, późnym wieczorem, dotarliśmy do Buczacza.




Puźniki 1939-1944 ze wspomnień Zbigniewa Szczupaczyńskiego

Zbigniew Szczupaczyński - Puźniki

Publikujemy wspomnienia Zbigniewa Szczupaczyńskiego, który pochodzi z Niżniowa, a w Puźnikach często spędzał wakacje. Wspomnienia obejmują okres lat 1939-1944 i stanowią część większego opracowania we fragmentach dotyczących samej wsi Puźniki.

Wspomnienia dotyczące roku 1945 są dostępne w artykule: Atak UPA na Puźniki.

Wakacje 1939

W Puźnikach przez kilka pierwszych dni przed rodziną i kolegami paradowałem w mundurku harcerskim, zdobywając uznanie, a wśród chłopców podziw i zazdrość. U babci Poterałowiczowej [Genowefy] dobrze się czułem. Lubiłem rano wstać i razem z chłopakami chodziłem na łęgi, na których wypasano krowy i konie. Z pastwiska zwykle wracałem konno, na oklep. Byłem szczęśliwy, bo dla samych koni gotów byłem przyjeżdżać do Puźnik o każdej porze roku. Wtedy pierwszy raz dosiadałem konia, chociaż początkowo piekielnego miałem pietra.

Wrzesień 1939

Był to ostatni rok mojego dzieciństwa. W tym nieszczęsnym roku drugą połowę wakacji spędziłem w Puźnikach. Z tych wakacji u babci Poterałowiczki pamiętam jedynie końcową ich część. Wszystko inne uleciało z pamięci. Wieści ze świata do Puźnik docierały z dużym opóźnieniem, a i te, które dotarły rozchodziły się po domach zawsze już odpowiednio zabarwione fantazją i swoistą, puźniecką filozofią. Przekazywane były bowiem z ust do ust i każdy wzbogacał dodając coś od siebie. A fantazji i polotu tym ludziom nie brakowało. Kilka egzemplarzy gazet, które trafiały do Zaścianka, docierały z dużym opóźnieniem, a radio było jedno lub dwa i to nie zawsze czynne.

Koniec sierpnia w Puźnikach był spokojny i nie wprowadzał w życie żadnych zmian. W tej szarej codzienności wszyscy wykonywali pospołu swoje obowiązki gospodarskie i nie zawsze był czas na pogawędki polityczne. Jeżeli już mężczyźni w niedzielę po sumie pod Kościołem rozmawiali o sytuacji na świecie, to swoje wypowiedzi opierali na rządowej propagandzie o naszej sile i naszych związkach z zachodem. Nikt nie przepowiadał wojny. Powszechnie uważano, że Niemcy nie odważą się na taki krok, jeżeli z nami są takie potęgi, jak Anglia i Francja. W te dwa państwa wierzono, ufano ich potędze i wierzono w ich uczciwość wobec nas Polaków.

Wprawdzie wszystkie tego rodzaju dyskusje ludzi doświadczonych, pamiętających nie tylko pierwszą wojnę, ale nawet wojnę japońską z 1905 roku – kończyły się optymistycznymi wnioskami, to jednak atmosfera, jaka wkradła się do chat ludzi ciężko pracujących, na podstawie zasłyszanych wiadomości, była niewesoła i nie wróżyła nic dobrego. Wyczuwało się coś, co mogło, co groziło wybuchem.

Nikt nie był zachwycony sytuacją. Wszyscy jednak byli zgodni, że o ile zaistnieje potrzeba, mężczyźni gotowi będą stanąć w szeregach obrońców ojczyzny. Takiego uniesienia patriotycznego już więcej u tych ludzi nie widziałem. Tą atmosferą żyłem i ciągle myślałem o powrocie do Niżniowa. Nawet na pastwisku chłopcy o niczym innym nie opowiadali jedynie o wojnie i naszym zwycięstwie.

Mama, na którą z taką niecierpliwością czekałem, wreszcie 30 sierpnia pojawiła się w Puźnikach. Sprawiała wrażenie trochę jakby zmartwionej. Opowiadała – a chętnych świeżych wiadomości było dużo – o sytuacji w Niżniowie, że ludzie robią zapasy, szykują taśmy do zalepiania szyb okiennych, co miało uszczelniać przed gazem i jednocześnie wzmacniać odporność przed wstrząsami w razie wybuchu bomb, że wkrada się nieufność między Polakami i Ukraińcami i że w ogóle atmosfera robi się coraz gorsza.

W tym samym jeszcze dniu wyruszyliśmy w drogę powrotną. Nikt nie przypuszczał, że z Puźnikami żegnamy się na prawie dwa lata.

Po powrocie z Syberii w 1941

Pokonując trzy tysiące km w tak trudnym warunkach dotarliśmy wreszcie w pierwszej połowie czerwca do Puźnik. Przypominam sobie, że była to sobota, chyba dwa tygodnie przed wybuchem wojny niemiecko-rosyjskiej. Wróciliśmy u kresu wyczerpania nerwowego i fizycznego. Brudne i zawszone łachmany wisiały na naszych szkieletach. Ta ponad trzymiesięczna podróż pozostała w mojej pamięci, jak potworna zmora widziana we śnie. […]

Wieści o naszym powrocie rozeszły się po zaścianku lotem błyskawicy. Od dłuższego już czasu czekano na nas w rodzinnym domu. Ciocia Stefa [Stefania Poterałowicz] listownie powiadomiła babcię o naszym wyjeździe i wszyscy w rodzinie przeżywali niepokoje, domyślając się najgorszego. Tego, że wracamy pieszo nikt nawet nie mógł przewidzieć, nawet teraz nie wszyscy dawali wiary naszym opowiastkom, dopiero nasz wygląd wychudzony, nasze zlepione brudem włosy, a szczególnie moje poranione nogi przekonywały niedowiarków.

Teraz w domu babci ruch jak w karczmie. Ludzie byli ciekawi naszych przygód, każdy chciał na własne oczy zobaczyć i własnymi uszami usłyszeć – czy, aby naprawdę wróciliśmy, czy też ktoś plotkę puścił. Przecież stamtąd nikt jeszcze nie wrócił za czasów sowieckich. Ludzie byli zorientowani, co oznaczało być wywiezionym na Syberię. Z Puźnik i okolic obok rodziny Krzywoniów na Syberii przebywało kilka rodzin, a o niektórych słuch zaginął. Dlatego nasz powrót był przedmiotem tak dużego zainteresowania. Wszyscy, którzy nas zobaczyli szczerze nam współczuli i płakali nad losem tych, którzy tam pozostali.

Pierwszą czynnością po powrocie była kąpiel i spalenie naszej odzieży. Jeszcze dziś widzę siebie w tych łachmanach brudnych i podartych, a w każdym załamaniu, w każdym rąbku materiału gnieździły się wszy. Kilka najbliższych dni udzielaliśmy „wywiadów” i odpoczywaliśmy, lecząc rany nóg.

Wiosna tego 1941 roku miała dla mnie tyle uroku, że chyba żadna inna nie była tak urocza i piękna, dająca tyle szczęścia i radości. Niczego nam nie brakowało, wszyscy się o nas troszczyli i nie mogliśmy się sobą nacieszyć, a moi rówieśnicy patrzyli na mnie z podziwem i z niemałą zazdrością. Dla nich była to wielka przygoda podróżnicza, o ubocznych skutkach tej przygody nikt w tym wieku nie zastanawia się. […]

Do zdrowia dochodziłem szybko. Żywienie regularne, mleko kozie, słońce wiosenne i przede wszystkim przyjazne otoczenie leczyły mój organizm w tempie niespodziewanym. Gorzej było ze zdrowiem mamy. Biedna mama. Pomimo troskliwej opieki ze strony rodziny, ciągle była osłabiona i bardzo blada. W trosce o jej zdrowie rodzina zdecydowała, że będzie lepiej, jeżeli mama uda się do Niżniowa, gdzie podda się badaniom i opiece lekarskiej. W Puźnikach lekarza nie było, ludzie tam leczyli się sami, jedynie z cięższymi przypadkami dojeżdżano do Niżniowa, Buczacza lub Koropca.

Sąsiad babci ofiarował swoje usługi i proponował nas furmanką odwieźć do Niżniowa, ale mama postanowiła przejść drogę do Niżniowa pieszo. Tyle razy ją swoim życiu pokonywała pieszo, że zapragnęła bliskie duszy widoki odświeżyć w swojej pamięci. Ostatnio tą drogą i tymi ścieżkami przeszliśmy 30 sierpnia 1939 roku. Wracałem wtedy z wakacji, marząc o bohaterstwie, obronie ojczyzny… W tym czasie nie mogłem, nikt nie mógł przewidzieć, że moim bohaterskim czynem będzie nie walka z wrogiem, a walka z przeciwnościami, walka o przetrwanie.

Zima 1942

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia 1942 roku, które zapragnąłem ponownie spędzić w Puźnikach. Jeszcze dziś zastanawiam się, co mnie tak przyciągało do Puźnik. Przecież w Puźnikach i zimą, i latem miałem gorsze warunki niż w Niżniowie pod każdym względem. A jednak ciągle tam zaglądałem.

Zimą u babci Poterałowiczki w domu było tak zimno, że nawet pod pierzyną trudno się było ogrzać, chociaż w piecu palono cały dzień. Wyżywienie również było gorsze. Babci w czasie wojny żyło się mniej niż skromnie. Mnie jednak nic nie przestraszało, byłem zawsze chętny pokonać tę czasami nieprzyjemną, a nawet niebezpieczną drogę, aby święta lub jakiś chociaż czas spędzić w Puźnikach. Przyciągała mnie tu utrwalona tradycja i atmosfera życia tych ludzi. Tu się czuło czasy przedwojenne, oddychało się wolnością bez obawy, że ktoś podsłuchuje i donosi na gestapo.

Odległość między Niżniowem a Puźnikami tak mała, a różnica życia – tak dużą, nawet sposób myślenia i interpretacji zachodzących zjawisk był różny. Ba, język którym posługiwano się na co dzień różnił się znacznie. Wiele przedmiotów nosiło różne nazwy.

W tym roku w Puźnikach nie odnotowano jeszcze niebezpiecznych napadów, chociaż urzędnicy i policja ukraińska sporadycznie zjawiają się w Puźnikach, ale jak na razie wizyta ich ogranicza się do ściągania kontyngentu i do określania prac przymusowych na rzecz okupanta.

W tym czasie krążyło już coraz więcej wiadomości o Sikorskim, którego postać zaczęła wtedy być dla nas legendą. Z ust do ust przekazywano o nim i o jego działalności różne wieści, prawdziwe i mniej prawdziwe, które podtrzymywały nas Polaków na duchu, dodając sił do zwiększonego oporu okupantowi. Rozwijały się grupy partyzantów o różnych zabarwienia ideowych i politycznych, ale mający wspólny cel – zwalczanie i osłabianie siły niemieckiej. W lasach Puźnieckich takich leśnych ludzi ciągle przebywało, a że zaścianek był na odludziu – partyzanci często urządzali sobie w Puźnikach bazę wypoczynkową.

Niemcy nie docierali w te strony, a policja ukraińska, jeżeli wizytowała, to z większą siłą przyjeżdżali.

Lato 1943

Dotarła do nas wiadomość, że w Puźnikach Niemcy rozwinęli rzeźnię polową, do której spędzają setki sztuk bydła rogatego, owiec i świń. Wiadomo, że przy takich placówkach zawsze kwitną różnego rodzaju szwindle. Nawet Niemcy nie byli tak solidni wobec swojej armii, kradli z magazynów mięso, podroby, skóry i wymieniali na inny towar, szczególnie na bimber.

Poszedłem do Puźnik z bańką bimbru. Już od lasu zobaczyłam olbrzymie tereny ogrodowe zagrodzone, z mnóstwem bydła. Krowy wychudzone i potwornie brudne, widać dawno je nie karmiono. Dostawa była większa od możliwości przerobowej rzeźni. Zatrzymałem się u Leszka, ponieważ mieszkanie babci po przeciwnej stronie sieni zajęli Niemcy na swoją kancelarię. Czasami rozrabialiśmy z Leszkiem, czym przeszkadzaliśmy w pracy pisarzom pracującym w kancelarii.

Dnie były gorące, jak całe to lato 1943 roku, drzwi wszystkie otwarte, a więc każde głośne zachowanie słyszalne było w całym domu. W czasie takiej rozróby jeden z Niemców wpadł wściekły do izby Leszka i trochę mnie poturbował. Od tego momentu porozumiewaliśmy się szeptem.

W Puźnikach okazało się, że niepotrzebnie dźwigałem z Niżniowa bimber, tam bimbrownia była prawie w każdej rodzinie. Bimber pędzono w lasach na potęgę – ponieważ było duże zapotrzebowanie. Mięsa i wyrobów mięsnych wszyscy mieli pod dostatkiem, wszystko za bimber. Cały Kluków obwieszony skórami, stosy kości i olbrzymie doły z nieczystościami rzeźniczymi. Dawało to razem taki smród, że dopiero po kilku dniach nos mój mógł tolerować bez większego buntu.

Właśnie wtedy na ten mały garnizonik natarł swoimi oddziałami partyzanckimi Kowpak. W samych Puźnikach przez dwie, może trzy godziny było trochę zamieszania i dużo strzelaniny. Partyzanci szybko pokonali opór i poszli jak burza w kierunku Karpat. Większy opór Niemcy zorganizowali w lasach koropieckich, ale zatrzymać Kowpaka nie zdołali, tracąc kilku zabitych i wielu rannych.

Na trzeci dzień po tej walce zaopatrzony w mięso wróciłem do Niżniowa. Po moim powrocie do domu dowiedziałem się, że Niemcy z policją ukraińską dokonali pacyfikacji górnej części Puźnik paląc kilka domów i aresztując kilku mężczyzn. Niemcy początkowo myśleli, że byli to AK-owcy. Dopiero po wyjaśnieniu nieporozumień – aresztowanych zwolniono, ale kilka domów dogorywało. […]

Przed świętami Bożego Narodzenia 1943 roku, do Puźnik poszedłem sam. Mama nie mogła, musiała pracować i została na folwarku. Jesień tego roku była ciepła i długa, chyba do 20. grudnia, nawet ziemia jeszcze nie była zmarznięta, co o tej porze zawsze się zdarzało.

Rok 1943 charakteryzował się dla nas Polaków wzrostem terroru niemieckiego wobec narodu polskiego oraz coraz liczniejszymi mordami popełnianymi przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach, które osiągnęły niespotykane dotychczas rozmiary. Często docierały do nas wieści z okolicznych wiosek o napadach, mordach i zniszczeniach. Polacy żyli w ciągłym strachu, bez pewności jutra. Nawet Niemcy na folwarku z bronią się nigdy nie rozstawali, a nocą zamykali się na cztery spusty.

Czasy były niepewne dla całych grup zorganizowanych, jak i pojedynczych osób. Idąc do Puźnik byłem cały czas podszyty strachem. Każdy napotkany człowiek był, w moim wyobrażeniu, banderowcem. Dopiero u babci odetchnąłem pozbywając się tak męczącego stresu.

Bójka

Jak zwykle zaczęliśmy kompletować zespół do herodów i szykować stroje. W trakcie prac nad strojami okazało się, że braknie nam papieru kolorowego na ułańskie pasy. Ponieważ w Niżniowie miałem papieru i kleju pod dostatkiem, wraz z Bronkiem Działoszyńskim zwanym „Paką” wyruszyliśmy pewnego ranka do Niżniowa. […].

Po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy z papierem i klejem w drogę powrotną. Na Werbkę dotarliśmy w godzinach popołudniowych. Werbka, wieś z rzadką zabudową zamieszkana byłam w większości przez Ukraińców.

Dochodziliśmy do lasu drogą prowadzącą do Puźnik, gdy zaczepili nas chłopcy, których przy drodze stała spora gromadka. Zaczęło się od słownego znieważania, a skończyło się bijatyką. Bójka skończyła się dla mnie i Bronka bardzo nie po myśli. Do domu wróciliśmy bardzo późno, już prawie nocą, pobici, z licznymi ranami i siniakami oraz bez papieru i kleju. Była to nasza narodowa i religijna klęska. Po kilku dniach wprawdzie doszedłem do sił, ale niestety i tym razem z herodów nic nam nie wyszło.

Listopad 1944

Zostając w domu, zadaniem moim było przygotować się do częściowej przeprowadzki. Przez cały dzień pakowałem, co według mnie należało zabrać do Puźnik. Nazajutrz rano mama przyjechała dużą drabiniastą furmanką. Końmi powoził właściciel Jarzycki, mieszkaniec Puźnik. Do pomocy z mamą przyjechała też wujenka Lidzia. […]

Zaraz po urządzeniu się, zamieszkaliśmy w Klukowie razem z babcią i wujenką Lidzią, poszedłem nawet do szkoły. Przyjęto mnie, po wstępnej rozmowie, do czwartej klasy. Szkoła była okazałym budynkiem obok kościoła, dobrze urządzona i posiadała w swoim gronie dobrych pedagogów.

Kierownikiem tej szkoły był Mieczysław Warunek, który w szkole zaprowadził iście żelazną, wojskową dyscyplinę. Sam w niedługim czasie odczuję na prawym uchu, że do szkoły przychodzić należy punktualnie. Niestety, wkrótce Warunek został aresztowany za przynależność do AK. Był oficerem i dowódcą pododdziału AK. Z katorgi Warunek do Polski wrócił dopiero w 1956 roku. Szkoła pozostała bez kierownictwa, a że czasy były niepewne – naukę przerwano. Dla mnie była to wielka strata.

Od aresztowania Capiego dopiero teraz trafiłem do szkoły, w której mogłem się czegoś nauczyć. Niektóre wiadomości zdobyte w tej szkole tkwią mi w głowie do dziś. Język niemiecki poznawałem z samouczków i słownika, i dopiero tu, w tej szkole, poznałem deklinacje. Tu otrzymałem początki wiadomości z geografii świata.

Ciepło wspominam nauczycieli i nowych kolegów z klasy. Pamiętam, jak na czele ze Zbyszkiem Nowickim, posiadającym uzdolnienia plastyczne, malowaliśmy patriotyczne obrazki, na których obowiązkowo zawsze widniał orzeł biały. Dziś Zbyszek maluje ciekawe pejzaże, choć nie ukończył akademii w tej dziedzinie. Szkołę w Puźnikach wspominam dobrze, bo była to szkoła polska i o dobrym poziomie nauczania. Szkoda, że czas jej pedagogicznej działalności był dla mnie niedługi i tak brutalnie został przerwany. Nie miałem szczęśliwej drogi edukacyjnej początkowego nauczania, co wycisnęło piętno na moim wykształceniu ogólnym.

Od kilku miesięcy dochodziły już nas wieści, że w naszych okolicach zdarzają się wypadki napadów na polskie wsie i osady nawet w białe dnie. Często obserwowaliśmy wieczorami lub nocą łuny palących się okolicznych osad i wiosek podolskich. Ogarniała nas zgroza na myśl, że wnet przyjdą do nas. Docierały wieści, że banderowcy, jakby planowo, palą i niszczą wszystko, co polskie we wszystkich województwach południowo-wschodnich, w całej Galicji.

Żyliśmy w strachu i z ciążącą myślą, że Puźnik ostoi polskości nie ominą, że nawet dobra organizacja obronna nie odstraszy ukraińskich nacjonalistów. Nasze pierwsze ofiary barbarzyństwa były już w listopadzie i grudniu.

W listopadzie schwytano kilka kobiet polskich wraz z dziećmi i w sąsiedniej wsi ukraińskiej żywcem spalono, w starej, samotnie stojącej szopie. Wśród ofiar była też sąsiadka babci, Łapiakowa wraz ze starszą córką Kazimierą. W grudniu zaś banderowcy zastosowali inną metodę mordu. Schwytane kobiety były bite, a następnie rozstrzelane. […]

Już w tym czasie zorganizowane były z ochotników tak zwane Istrebitielnyje Bataliony, przeznaczone do walki z banderowcami i zdarzało się, że w szeregi tych batalionów wkradali się nacjonaliści ukraińscy. Bataliony te, w których służyło wielu Polaków, z wielkim poświęceniem tropiły banderowców, ale były to niestety siły zbyt szczupłe.

Grudzień 1944

[…]. Święta były skromne. Od przymusowej kąpieli w Dniestrze nie czułem się najlepiej. Stan mego zdrowia ciągle się pogarszał. Ogólne osłabienie połączone z częstymi bólami głowy dokuczały mi przez cały pobyt w Puźnikach. Jeszcze ten ciągły strach towarzyszący nam permanentnie o każdej porze dnia i nocy. Czułem ulgę jedynie w czasie angażowania się w jakieś przedsięwzięcia np. organizowanie zabaw, sportów zimowych, czy w patrolowanie terenu Klukowa. Nawet w Święta Bożego Narodzenia braliśmy udział w obserwowaniu terenu przed wsią wypatrując, czy aby banderowcy nie pokazali się na horyzoncie.

Zbigniew Szczupaczyński




To była piękna i wesoła wieś – wspomnienia Franciszki Wiśniewskiej

Franciszka Wiśniewska
Franciszka Wiśniewska

Wspomnienia Franciszki Wiśniewskiej z domu Baranieckiej (ur. 1921 r.) z dzieciństwa oraz młodości w Puźnikach. 

Mój Tato to Antoni Baraniecki, a Mama Sabina z domu Działoszyńska. Byłam ich najstarszą córką. Miałam jeszcze sześcioro rodzeństwa: Józefę, Marię, Stefana, Stanisława, Emilię i Stanisławę.

Słoneczny dom, zielona wieś i suszone owoce  

Nasz dom był przepięknie położony. Tuż przy nim mieliśmy dwa ogródki, a w nich kolorowe kwiaty.  Obok domu przebiegał rów, który ciągnął się aż do potoku, który wpadał do rzeki Koropiec. Rów był porośnięty pachnącymi bzami, jaśminami. Natomiast naprzeciw domu znajdował się piękny, czerwieniejący sad naszego wujka Jana, najstarszego brata mamy. My oczywiście też mieliśmy sad, a w nim gruszki, śliwki węgierki, czereśnie. Zebrane owoce suszyliśmy na blachach w piecu, albo podczas słonecznych dni na świeżym powietrzu. Nieraz mieliśmy po dwa worki suszonych owoców, z których Mama gotowała kompot na każdą niedzielę. Zresztą niedzielny obiad zawsze był świątecznie obfity. Mama nie tylko bardzo dobrze potrafiła gotować, ale także przygotowywać wyroby wędliniarskie. Najwspanialsze potrawy oczywiście były w okresie świątecznym. Podczas Bożego Narodzenia na stole królowały: barszcz z uszkami z grzybami, różne rodzaje pierogów, w tym z kiszoną kapustą, Mamine wyroby wędliniarskie,  kutia (pszenica z miodem, orzechami, rodzynkami oraz makiem) i oczywiście nie zabrakło wielkiego garnka kompotu z suszu.

Tato, jak wrócił z USA zaczął budować nowy dom obok starego. Jak już nowy dom był gotowy przenieśliśmy się do niego.  W domu mieliśmy trzy pokoje oraz przedpokój, w którym też można było mieszkać. W dwóch największych pokojach było aż po trzy okna, przez to było bardzo słonecznie. W trzecim pokoju mieliśmy dwa okna, a po jednym oknie w  kuchni i spiżarni. W przedpokoju były dwa okienka i dwa wejścia – jedno ze strony głównej drogi, a drugie od podwórza.

Podczas pożaru w 1930 r. spaliło się dziesięć domów. Gdy pogorzelcy pobudowali się to mieli najładniejsze domy we wsi. Ciągnęły się one od stryja Michała w naszą stronę. Przy gospodarstwach rosły piękne sady owocowe. Zresztą Puźniki wyglądały, jak byłyby w lesie i gdzieniegdzie tylko widoczne były dachy lub kominy. Po drugiej stronie od domów była tzw. tłoka, gdzie pasło się gęsi i krowy, dalej natomiast olszynka oraz cmentarz. Tuż przy naszym polu mieliśmy las. Rosły tam piękne grzyby: prawdziwki, kurki, gąski, smardze,  a opieńki można było kosić kosą. Zbieraliśmy tam też maliny i  jeżyny.

Wieś dzieliła się na dzielnice: Gnilec, Zagajówkę, Komarówkę, dwie Nagórzanki (ta druga tzw. Nagórzanka Jasionówka w drodze na Zalesie), Kluków, Wapienniki (wzniesienie, na którym pozyskiwano biały kamień), a w lesie były tzw. Broszniowskie i Lipnik.  Przed Broszniowskiem, za potokiem były jeszcze Kopanki, a za Klukowem  był Klin. Natomiast przy drodze na Zubrzec (na wschodzie) była dzielnica Kolonia, którą zamieszkiwali tzw. „Mazurzy”.

 Żarty, tańce i kolby z czarną mazią

Ludzie w Puźnikach byli bardzo pracowici. Jedni mieli więcej, drudzy mniej. Nasz Tato miał ponad dwadzieścia hektarów i do pracy w polu najmował innych, więc jak byliśmy dziećmi to nie musieliśmy pracować w polu. Tato najętym robotnikom płacił tym, przy czym pracowali. Czyli podczas zbioru zboża otrzymywali worki ze zbożem, a przy wykopkach worki ziemniaków. Tato uprawiał także tytoń, który potem suszyło się w specjalnie przygotowanej suszarni. Następnie suche liście tytoniu przenoszono do stodoły, gdzie przyciskano je deskami i „prasowano”. Na koniec odbywała się klasyfikacja liści pod względem ich jakości.  Cały ten proces był dość wymagający, ale zarobek z zakontraktowanego tytoniu spory.

Weselej przebiegał zbiór kukurydzy. Wyłamane, dojrzałe kolby trafiały na ogromną stertę w stodole. Do  wyłuskania kukurydzy schodzili się ludzie ze wsi. Zbierało się ze dwadzieścia osób. Jak pogoda pozwalała, to wszyscy pracowali w stodole, a jak były zimne noce, to w domu. Podczas pracy śpiewaliśmy, żartowaliśmy, robiliśmy kawały.  Niektóre kolby zamiast zdrowych ziaren miały czarną maź. Dziewczyny namówiły się, że jak ktoś znajdzie kolbę z czarną mazią, to ma podawać ją do siedzącego na końcu pewnego starego kawalera. On był taki zdziwiony, że wciąż trafiają mu się takie kolby. Ręce miał całe czarne i nawet nie podejrzewał, że robiliśmy mu taki kawał.  Po pracy odbywało się przyjęcie: tańce, jedzenie, kieliszek wódki, żarty do samego rannego.

Podobnie umawialiśmy się na darcie pierza oraz przędzenie nici z konopi i lnu. Potem wiejscy tkacze z nici robili płótna. W Puźnikach takich tkaczy nie było, trzeba było towar zawieźć kilka kilometrów za wsią. Pamiętam  worki z cienkiego płótna konopnego na mąkę i kaszę. Takie worki wisiały  w spiżarni, którą mieliśmy przy kuchni. Oczywiście w spiżarni mieliśmy okno, by w tych workach nie zagnieździła się pleśń. Tato zboże, ale także nasiona gryki, którą też uprawiał zawoził do najbliższego młyna w Zalesiu, położonego trzy kilometry od Puźnik.

 „Picio” od zębów oraz szkolne wspomnienia

W szkole w Puźnikach były tylko cztery klasy. Kiedyś uczył tam Austriak Mangold. Mówił w dwóch językach: mniej po polsku i więcej po niemiecku. Stryj Michał nie wiedział jak po niemiecku jest motyl i Mangold, tak go „sprał”, że do końca życia pamiętał, że motyl po niemiecku to – der Schmetterling.  Mnie natomiast uczyła zakonnica Aniela Wesołowska.  To ona kierowała szkołą i uczyła wszystkich przedmiotów. Natomiast druga zakonnica chodziła do chorych. Leczyła chorych tabletkami. Ludzie nie mieli czym płacić, więc odrabiali pracując w polu, które należało do zakonnic. Siostrzyczki zakonne miały także zwierzęta, w tym krowę. A do krowy miały specjalną służącą, która dawała jej jeść, wypędzała na pastwisko i wynosiła gnój.  Mieliśmy też samozwańczego dentystę. Jan Kosiński pseudonim Picio wyrywał ludziom zęby. Miał tylko jedne szczypce, ale chętnych nie brakowało, bo nie musieli za to płacić. Niektórzy nawet mdleli podczas zabiegu wyrwania bolącego zęba.

Gdy skończyłam czwartą klasę Tato zapisał mnie do szkoły w Monasterzyskach, ale potem podupadł na zdrowiu i obawiał się, że nie będzie w stanie opłacić mi stancji, zakupu książek, więc zostałam w szkole w Puźnikach. To tam skończyłam kolejne dwa lata, więc w sumie sześć klas. Jak wybuchła II wojna światowa zakonnice musiały uciekać z Puźnik. Podczas okupacji w szkole uczyli nasi krewni, małżeństwo  Poterałowiczów. Oboje byli nauczycielami i mieli trójkę dzieci. Pamiętam, że chodziłam na lekcje prowadzone przez nich.

Oj działo się we wsi   

We wsi co roku w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia odbywały się profesjonalne jasełka. Aktorom amatorom w razie potrzeby podpowiadał sufler. Odbywały się festyny, a zarobione pieniążki przeznaczano na potrzeby kościoła. Organizowane były także kursy np. krawiecki, tkacki.

Orkiestra w Puźnikach
Orkiestra w Puźnikach

Mieliśmy także dwie orkiestry. Kierownik tej większej, czyli kapelmajster  Walerian Dąbrowski grał na skrzypcach i pochodził z Jazłowca, ale jego przyszła żona mieszkała w Puźnikach. Po skończeniu szkoły w Puźnikach kontynuowała naukę w Buczaczu i nieraz chodziła na spacery do Jazłowca, gdzie zapoznała go. Ich wesele odbyło się w Puźnikach, a Dąbrowski zamieszkał w majątku żony i wtedy założył orkiestrę w Puźnikach. Członkowie orkiestry grali z nut i występowali podczas zabaw, wesel oraz pogrzebów. Muzycy w orkiestrze grali między innymi na kontrabasie, skrzypcach, flecie, trąbce, klarnecie, bębnie. Na trąbce grał brat kapelmajstra, który specjalnie na występy przyjeżdżał z Jazłowca. Drugą orkiestrę, znacznie mniejszą tworzyli tzw. „Mazurzy” z Kolonii (część obejmująca gospodarstwa nadane przez Rząd RP). Tam była tylko trąbka, skrzypce i chyba kontrabas. „Mazurzy” też grali bardzo ładnie, ale z pamięci.

Upomnienia od Abrahama i złodziejski majster

Mieszkańcy Puźnik robili zakupy w sklepach w Monasterzyskach, które należały głównie do Żydów. Nie raz zdarzało się, że ludzie płacili tylko część należności, a resztę mieli oddać w późniejszym terminie. Jeśli ociągali się ze zwrotem pieniędzy wtedy trafiały do nich kartki z upomnieniem. Szczególnie często otrzymywali upomnienia od Abrahama Azberdalla, który prowadził sklep z płaszczami oraz innymi ubraniami. Potem żydowscy sklepikarze wzięli się na sposób i przejmowali pieniądze swoich dłużników w momencie, gdy oddawali oni tytoń do fabryki. Gdy mój Tato przeczytał w gazecie, że nie można tak robić to od razu poszedł do dyrektora fabryki. Pokazał jemu gazetę i od tego momentu Żydzi nie przejmowali w ten sposób pieniędzy. Zresztą Tato potrafił załatwić wiele spraw, w starostwie i nie tylko,  dlatego nieraz sąsiedzi przychodzili do niego po poradę. Był też ławnikiem w sądzie.

Jeden z naszych dalszych sąsiadów zajmował się złodziejskim fachem. We wsi mówił – Ja u Baranieckiego ziemniaki zawsze biorę z piwnicy, to innych rzeczy nie ruszam. Ojciec dobrze o tym wiedział, zresztą mówił, że przed złodziejem kłódka go nie uchroni, a będzie musiał tylko kupować kolejne. Dlatego nie zamykał piwnicy, a złodziejski majster brał tyle, ile zapakował do worka. Złodziejski proceder skończył się, jak majster z kolegą napotkał gospodarza wracającego wieczorem z miasta. Młotkiem wybili mu zęby oraz zabrali pieniądze, które miał ze sprzedaży krowy. Wtedy złodziejskiego majstra aresztowała policja. W więzieniu zachorował i zmarł.

Czas wojny  

W 1939 r. ludzie dużo mówili, o tym że może wybuchnąć wojna, ale większość nie wierzyła w to.  Jednak, gdy w sadach na liściach czereśni pojawiły się jadowite, bordowe z zygzakami żmije, to już wiadomo było że stanie się coś złego. Gdy wybuchła wojna ciągle było słychać wybuchające bomby. Najwięcej, gdy zrzucano je na most w Stanisławowie. Coraz bardziej baliśmy się, ale trzeba było jakoś żyć. Zaczęłam pracować, jako krawcowa. Przynoszono do mnie różne rzeczy do szycia ze Szkoły Podoficerskiej. Pamiętam jak przyszedł lekarz Karl z płótnem lnianym i poprosił o uszycie spodni.  Powiedziałam mu, że to płótno nie nadaje się na spodnie, bo jest zbyt sztywne. Karl pochodził z Wiednia i bardzo chciał się nauczyć mówić po polsku, bo spodobała mu się Stasia z Barysza, która wtedy mieszkała u nas.

Pewnego razu w naszym domu zjawił się kolega Stefana. Uciekł z transportu i poprosił o schronienie. Mama umieściła go na strychu. Wtedy u nas, zresztą tak, jak i w pozostałych domach zakwaterowano Niemca. Gdy ten Niemiec zawieszał przy dachu coś do zamontowania telefonu usłyszał rozmowę na strychu. Wtedy powiedział Mamie, że chce tam wejść. Mama wiedziała, że nie powstrzyma go, więc zawołała Stefana, by zeszli na dół. Chłopaków i mnie zabrano do komendantury. Ich związanych zaprowadzono do jakiejś piwnicy. Ja, jako świadek musiałam odpowiadać na wszystkie pytania, tym bardziej, że znaleziono u nas kompas oraz mapę. Tłumaczyłam, że jak przyniesiono do mnie garnitur do wyczyszczenia i prasowania, to kompas był w kieszeni. Wyjęłam go, ale potem zapomniałam włożyć ponownie, a właściciel garnituru nie upomniał się. Natomiast mapę znalazł najmłodszy brat. Pokazał ją zakwaterowanemu u nas Niemcowi, ale ten nie zainteresował się. Po tym przesłuchaniu wypuścili mnie. Do domu odprowadził mnie zwykły żołnierz, któremu najwyraźniej spodobałam się, bo na koniec zapytał się czy może mnie odwiedzić. Powiedziałam, że pracuję i nie mam czasu.  Potem żandarmeria  zaprowadziła chłopców do Monasterzysk. Żandarmi jechali na koniach, a chłopcy szli na piechotę. Na całe szczęście okazało się, że był tam punkt zborny osób przeznaczonych do wywiezienia na roboty do Niemiec. Stefan spotkał krewną ze strony taty i poprosił ją, by wyprała mu zakrwawioną koszulę. Powiedział jej, że ta krew to od krostów i wrzodów, które rozdrapał, ale tak naprawdę nie chciał się przyznać, że podczas aresztu strasznie go bito. Przez krewnych dowiedzieliśmy się, że Stefan jest w Monasterzyskach i Junka (Józefa) zaniosła mu coś do jedzenia, ale nie rozmawiała z nim.  Stefan znał trochę niemiecki i wzięto go do pomocy przy zaopatrzeniu. Gdy podczas jednego z postojów Stefan poszedł z Niemcem po chleb to udało mu się uciec. Wykorzystał chwilę nieuwagi żołnierza i schował się w jakiejś komórce. Pociąg odjechał, a Stefan został w Tarnowie u jakiś ludzi, ale strasznie rozchorował się tam. Jak wyzdrowiał, to zaczął szukać stryja Janka w Krakowie. Niestety stryjek musiał uciekać ze swojego mieszkania, ale Stefan jakoś go odnalazł i wtedy napisał do nas list. Stryj Jan wynajmował pokój i chciał Stefana posłać do szkoły. Brat jednak miał całkowicie zniszczone ubranie, dlatego stryj dał mu swoje. Tak, więc, jak Stefan chodził do szkoły, to stryj nie wychodził z domu, bo nie miał w czym.

1200 rubli albo białe niedźwiedzie

Tato zmarł w 1941 r. i żeby pomóc Mamie  zaczęłam pracować w Monasterzyskach. Reszta rodzeństwa, oprócz Emilki też była poza domem rodzinnym. W nocy z 12 na 13 lutego 1945 r., gdy banderowcy dokonali rzezi na mieszkańcach Puźnik, Mama i Emilka przeżyły, bo schroniły się na plebanii. Jak mieliśmy jechać na Zachód to władze radzieckie zażądały od Mamy 1200 rubli. Postraszyli ją, że jak nie dostaną tych pieniędzy w ciągu trzech, czterech dni to zamiast do Polski pojedziemy na „białe niedźwiedzie” na Sybir. Mama pieniędzy nie miała i nie było też szans na szybkie ich zdobycie. Nawet, jakby sprzedała ostatnią krowę, to może dostałaby z 500 rubli. Wtedy poprosiłam Mamę, by mi przygotowała dużo porcji tytoniu oraz bimber. Jak pojechałam na zebranie do Czortkowa, to sprzedałam wszystko mężczyznom, którzy mieli tam punkt zborny przed odjazdem na front. Nawet utargowałam więcej pieniędzy niż trzeba było. Po powrocie do Monasterzysk szybko musiałam przekazać Mamie te pieniądze do Puźnik. Przypadkiem spotkałam  Aleksandra Ługowskiego, który na koniu przyjechał załatwiać jakieś sprawy. Dałam mu pieniądze zapakowane w kopertę i jeszcze wieczorem trafiły one do Mamy.

Francisza i Jan Wiśniewscy
Archiwum rodzinne Baranieckich – Ślub Franciszki Baranieckiej z Janem Wiśniewskim w Buczaczu w 1945 r.

 

Wspomnienia zostały utrwalone 9 września 2020 r. przez Adama Baranieckiego

Opracowanie redakcyjne: Anna Zaleska