1

Pod namiotami w Puźnikach 2021 – relacja z wyprawy

Miejsce biwakowe w Puźnikach
Miejsce biwakowe w Puźnikach

Do Puźnik wybraliśmy się w drugiej połowie sierpnia z planem, aby spędzić tam dwie noce i mieć do dyspozycji jeden cały dzień na zwiedzanie Puźnik i okolic. Grupą w składzie: Adam Baraniecki, Michał Baraniecki i Konrad Zaleski, wyjechaliśmy z Koropca ok. godziny 17-tej i dość mocno zniszczoną drogą pojechaliśmy do wsi Sadowe, dawniej zwanej Nowosiółą Koropiecką.

Nowosiółka jest wsią niezwykle spokojną i jakby odciętą od świata, a przy tym bardzo malowniczą i stosunkowo dobrze zadbaną przez swoich mieszkańców. Początkowo planowaliśmy, aby zostawić tu samochód i dalej pójść pieszo do Puźnik z plecakami oraz namiotami. Po rozmowie z mieszkańcami, okazało się jednak, że do Puźnik można dojechać samochodem osobowym pod warunkiem, że nie będzie padał deszcz, co znacząco utrudniłoby dojazd.  Po krótkim zwiedzeniu cmentarza w Nowosiółce, wsiedliśmy do samochodu, aby zdążyć do Puźnik jeszcze przed zmierzchem.

Dojazd

Żeby dojechać do Puźnik od strony Nowosiółki lub Koropca, należy pojechać kawałeczek drogą „asfaltową” w kierunku na Zubrzec i skręcić w lewo w polną drogę tuż przed skrajem lasu. Jadąc dalej bardzo ostrożnie między głębokimi koleinami, po ok. 4 km dojechaliśmy do Puźnik od strony wschodniej. Na skrzyżowaniu dróg przy dawnej Kolonii pojechaliśmy prosto wzdłuż wyschniętego już dawno potoku i dotarliśmy do stawku. Następnie skręciliśmy jeszcze w lewo podjeżdżając ok. 30 m w kierunku głównej drogi w centrum Puźnik. Zatrzymaliśmy się przy małej polance, gdzie postanowiliśmy rozbić namioty, tuż obok starych drzew owocowych, prawdopodobnie z sadu Haniszewskich lub Ługowskich. Chyba nikt z osób opuszczających to miejsce w roku 1945 nie zdawał sobie sprawy, ze ich potomkowie przyjadą tu jeszcze kiedyś japońskim samochodem.

Noc w Puźnikach

Zapadł już zmrok. Byliśmy mocno podekscytowani. Przy rozpalonym ognisku zjedliśmy kolację popijając gorącą herbatę ugotowaną na turystycznej kuchence gazowej i odpowiednio wzmocnioną, adekwatnie do sprzyjających okoliczności 🙂. Na spanie było jeszcze za wcześnie, dlatego udaliśmy się na nocny rekonesans po Puźnikach.

Poszliśmy w górę drogą, która szerokim łukiem zaprowadziła nas wprost na cmentarz. Tliły się tu jeszcze znicze pozostawione zaledwie dwa dni wcześniej przez harcerzy, którzy już trzeci rok z rzędu przez kilka dni porządkowali teren puźnickiego cmentarza. W świetle latarek mogliśmy podziwiać imponujące efekty tych prac. Przyjdziemy tu jeszcze następnego dnia.
Wróciliśmy do naszej bazy i udaliśmy się następnie w drugą stronę, aby popatrzeć na Puźniki ze wzgórza od północy za stawkiem, z drogi od Zalesia. Była akurat pełnia a widok na ciemny puźnicki las na tle gwiaździstego nieba był po prostu niesamowity.

 

Poszliśmy spać, co na nierównej gliniastej ziemi nie było zbyt komfortowe. Co jakiś czas dało się słyszeć lekko niepokojący odgłos spadających jabłek.

Cmentarz

Na drugi dzień z rana udaliśmy się od razu na cmentarz. Zakres zmian od czasu mojego ostatniego pobytu w tym miejscu w maju 2019 jest ogromny. Dzięki harcerzom z Łódzkiej Chorągwi ZHP i cennej pomocy mieszkańców wsi Sadowe, cały teren tzw. starego cmentarza został  oczyszczony z chaszczy i większości drzew. Wszystkie ocalałe groby zostały uporządkowane i odnowione. Udało się odnaleźć w sumie pięć nowych grobów, których 2 lata temu nie zauważyliśmy:

  • Rozalia Krowicka 1907-1918,
  • Józefa Poterałowicz 1833-1904
  • Maria Koryzna ?-1911(?)
  • Wojciech Kosiński ?-?
  • Jan Hałuszczyński 1844-1892 – chyba najstarsza znaleziona mogiła.

Józefa Poterałowicz, to moja pra-pra babcia i zarazem babcia mojego dziadka Antoniego Baranieckiego, który leży gdzieś niedaleko na „nowym” cmentarzu, kompletnie przeoranym i już zarośniętym. Na fragmencie nagrobka Józefy Poterałowicz widnieje wzruszający napis „Dobrą matusię do grobu złożyli i zwłoki ziemią przykryli i tylko w głowie kamienie głaze syn twój matusię darze„.

 

Teren starego cmentarza został z trzech stron otoczony solidnym drewnianym płotem, który w chwili naszej wizyty był jeszcze wykańczany przez dwóch pracowników ze wsi Sadowe. Czwarty bok cmentarza przylega bezpośrednio do nowego cmentarza, na którym pochówki rozpoczęły się po wybuchu wojny, stąd brak kamiennych nagrobków. Być może ten teren również uda się w jakimś stopniu kiedyś uporządkować. A jest to miejsce szczególne, ponieważ tam właśnie znajduje się nieodkryta jeszcze mogiła ok. 80 Puźniczan zamordowanych w lutym 1945 roku.

Kopanki

Dalsza część naszego planu przewidywała dojście do Klukowa, dawnej dzielnicy Puźnik, a następnie jeszcze do Zalesia, aby wrócić do Puźnik od północy. Prosto z cmentarza udaliśmy się zatem stromym zejściem w dół w kierunku „Kopanek” przy potoku. Idąc po dość trudnym terenie, doszliśmy do małego strumyczka i jaru powstałego wśród białych skał wapiennych. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się dojść jarem do Klukowa. Teren ten, zwany „Kopankami”, jest bardzo ciekawy i z pewnością byłby świetną atrakcją turystyczną, gdy tylko był bardziej dostępny. Wzdłuż głębokiego rowu występuje szereg osuwisk skalnych, a potok przez dłuższy odcinek nie jest widoczny, gdyż płynie pod kamieniami. Gdzieniegdzie z wapiennego zbocza dopływają małe strumyczki. Dość urokliwie wygląda również miejsce, gdzie widać jak wąski potoczek kończy się małym zbiornikiem i znika gdzieś pod ziemią.

Niestety dalsze przejście w kierunku Klukowa okazało się „mission impossible”. Jar stawał się coraz bardziej niedostępny za sprawą zwalonych drzew, a stara droga, która kiedyś pewnie wiodła gdzieś wzdłuż potoku, teraz jest intensywnie zarośnięta wysokimi zaroślami i pokrzywami. Musieliśmy się wycofać i stromym zboczem pod górę wróciliśmy nieco zmęczeni do cmentarza a następnie do bazy namiotowej, aby trochę odsapnąć. Poniższa mapka obrazuje całą trasę naszej wycieczki, która zabrała nam sporo cennego czasu, ale mimo wszystko okazała się interesująca.

Zalesie

Do Zalesia udaliśmy się najprostszą i jedyną możliwą drogą z Puźnik, która wiedzie od stawku w górę poprzez „Nagórzankę”, wzdłuż pól zarośniętych głównie soją. Za wzgórzem skierowaliśmy się w lewo i doszliśmy do pierwszych zabudowań Zalesia. W tym miejscu teren jest dość podmokły, dlatego, jeśli ktoś chciałby się kiedyś wybrać do Puźnik od strony Zalesia, to tutaj musi zostawić samochód i dalej iść pieszo.

W centrum Zalesia znajduje się cerkiew wraz z przyległym cmentarzem, który postanowiliśmy zwiedzić. Zobaczyliśmy tu zbiorową mogiłę Polaków i Ukraińców, na której widnieją 34 nazwiska. Są to mieszkańcy z samego Zalesia, którzy w lutym 1945 roku zostali okrutnie zamordowani przez partyzantów UPA i spaleni w pobliskiej suszarni tytoniu. Część ludzi została spalona żywcem, a część została wcześniej poćwiartowa. Zbrodnia w Zalesiu miała miejsce tydzień przed pogromem w Puźnikach. Oprócz mieszkańców Zalesia zginęło wówczas jeszcze więcej osób, które miały pecha przejeżdżać tego dnia przez Zalesie, w tym 7 mieszkańców Puźnik i Nowosiółki Koropieckiej, w sumie ponad 60 osób. Wśród nich był ojciec Józefa Chaszczewskiego z Nowosiółki, z którym mieliśmy okazję rozmawiać kilka dni po powrocie z Ukrainy.

 

Gdy usiedliśmy na ławeczce pod cerkwią, podeszła do nas zaciekawiona starowinka. Nie znała języka polskiego, ale jak powiedziała, wszystko rozumie po polsku i ma polskie korzenie, a w latach 70-tych odwiedzała nawet swoich krewnych w Ratowicach. Czuła najwyraźniej potrzebę porozmawiania z nami. Gdy spojrzała na stojącą obok zbiorową mogiłę, ze łzami w oczach wspomniała tamto wydarzenie, które w tak straszny sposób przerwało życie tylu niewinnych ludzi.

Ukraińcy

Bolesne czasy już minęły, podobnie jak barbarzyńskie ideologie. Większość ludzi che żyć w pokoju i w poczuciu, że zło zostało potępione, a zbrodniarze napiętnowani. Dlatego jedyne co boli nadal nas Polaków, to fakt, że taki Petro Chamczuk „Bystry” ma dziś swój pomnik w pobliskich Monasterzyskach, a w wielu ukraińskich wsiach powiewają flagi, które przynajmniej Polakom kojarzą się ze złem wcielonym. Tak, jakby komuś zależało na tym, aby Polaków i Ukraińców skłócić ze sobą.

Ukraińcy, to wspaniały i dumny naród, z indywidualną a zarazem trudną ścieżką swojego rozwoju. Naród, który od zaledwie 30 lat pierwszy raz w swojej historii może się rozwijać w warunkach pełnej niepodległości. Budowa wspólnoty narodowej, to wspaniała rzecz, a dbanie o dobro narodu jest naturalne i czymś zrozumiałym. Tak powinny postępować wszystkie narody, podobnie jak wspólnota rodzinna powinna dbać o dobro rodziny. Niezrozumiałe i niegodne jest natomiast kształtowanie tożsamości narodowej na ukrywaniu prawdy i czczeniu fałszywych bohaterów, którzy w imię chorej ideologii narodowej czynili wielkie zło a z okrucieństwa czerpali satysfakcję. Być może jakimś wyjaśnieniem tego jest po prostu nieznajomość tej prawdy, co jest niestety jedynym pocieszeniem, które przychodzi mi na dzień dzisiejszy do głowy.

Jabłka z sadu

Wróciliśmy do Puźnik i zostało jeszcze trochę czasu na zobaczenie innych miejsc. Stwierdziłem, że muszę dokładniej spenetrować miejsce, gdzie żyli moi przodkowie. Posesja Baranieckich znajdowała się niedaleko kościoła, tuż za „rowem Baranieckich”, który istnieje po dziś dzień. Wszystko jest tu obecnie mocno zarośnięte, ale idąc wzdłuż rowu, udało mi się jakoś przedrzeć do sadu, gdzie zostało jeszcze sporo starych jabłoni.

 

Mus Puźnicki
Mus Puźnicki

Jak powiedziała mi kiedyś moja Ciocia Frania, jabłonie zostały zasadzone tu w większości w roku 1937 i potrafiła wymienić nawet wszystkie gatunki. Jabłka, to obecnie  jedyny można powiedzieć „żywy” ślad po tamtych czasach. Są już mocno zdziczałe, ale jadalne. Nie zastanawiając się długo, zebrałem ich całą torbę, już nie patrząc, jakie są to gatunki. Przywiozłem do Polski i wysłałem do Cioci Frani i Stryjka Staszka w postaci „musu puźnickiego”, który smakował wyśmienicie.

 

 

Trzeciego dnia rano opuściliśmy Puźniki. Na skrzyżowaniu przy Koloni nie pojechaliśmy prosto, ale skręciliśmy w lewo jadąc dłuższą drogą do Barysza, skąd przez Jezierzany i Monasterzyska pojechaliśmy do Stanisławowa, a następnie do Lwowa, gdzie spędziliśmy ostatnie dwa piękne dni na Ukrainie.

 




Zbieramy wspomnienia o Puźnikach – włącz się do akcji

Odszukaj wspomnienia

Ruszamy z akcją zbierania wszelkich materiałów o Puźnikach, które mogą znajdować się w prywatnych zasobach byłych mieszkańców Puźnik i ich potomków. Interesują nas wspomnienia, dokumenty, zdjęcia, czy nagrane opowieści dotyczące życia w Puźnikach. Cenne będą dla nas również materiały dotyczące Nowosiółki Koropieckiej i innych okolicznych wsi.

Serdecznie namawiamy wszystkich do naszej akcji i do poinformowania o niej innych członków swojej rodziny. Może coś się jeszcze zachowało w domowych szafach i archiwach?

Zebrane wspomnienia postaramy się przeanalizować, powiązać między sobą i być może opublikować na naszej stronie, oczywiście za zgodą właścicieli. Będziemy również wdzięczni za samodzielne przeniesienie posiadanych treści do postaci elektronicznej (edytowalnej).

Wszelkie materiały prosimy przesyłać na nasz kontakt , bądź za pośrednictwem znajomych lub sołtysów miejscowości swojego zamieszkania. Poniżej zamieszczamy ponadto link do ulotki, którą można pobrać, wydrukować i przekazać np. księdzu, gdzie mieszkają osoby związane z Puźnikami, aby powiesił ulotkę w kościele:

 

Ocalmy historię naszych przodków od zapomnienia!

 

Redakcja strony puzniki.pl

 




IV Ogólnopolski Zjazd Puźniczan i Nowosiółczan – Lisia Góra

Lisia Góra 2021
Drodzy Puźniczanie i Nowosiółczanie!
Zapraszamy na nasze kolejne wspólne spotkanie, które organizujemy 4 września 2021 r. (sobota) o godz. 11 w świetlicy w Lisiej Górze koło Jasienia.
Będzie to okazja do porozmawiania o naszych wspólnych korzeniach, powspominania oraz zacieśnienia kontaktów. Opowiemy także o dalszych planach działania w ramach Stowarzyszenia.
Prosimy o potwierdzanie swojego przybycia w komentarzach pod postem.
Szczegóły można także uzyskać kontaktując się z Janem Biernackim pod nr telefonu 795113293.
Do zobaczenia



Relacja z wyjazdu do Puźnik w lipcu 1995

Ponad 40 minutowa relacja z wyjazdu do Puźnik zorganizowanego przez mieszkańców Ratowic i który miał miejsce 19 lipca 1995 przy okazji wyjazdu na Ukrainę zorganizowanego przez stowarzyszenie Buczaczan z Wrocławia.

Materiał został zgrany ze starej kasety VHS udostępnionej nam przez Zbigniewa Szczupaczyńskiego i wzbogacony o plan Puźnik z rozmieszczeniem domów.

Na filmie wypowiadają się cztery osoby pochodzące z Puźnik: Kazimierz Niżyński (ur. 1920), Szczepan Jasiński (1928), Mieczysław Biernacki (1929) i Mieczysław Markowski (1929).




Atak UPA na Puźniki w 1945 wg wspomnień Zbigniewa Szczupaczyńskiego

Zbigniew Szczupaczyński - wspomnienia 1945Publikujemy wspomnienia Zbigniewa Szczupaczyńskiego dotyczące ataku UPA na Puźniki w roku 1945, będące kontynuacją wspomnień przedstawionych we wcześniejszym artykule „Puźniki 1939-1944” i stanowiące tylko fragmenty obejmujące same Puźniki. Prezentowane poniżej wspomnienia tragicznej nocy z 13 na 14 lutego 1945 autora odnoszą się wydarzeń mających miejsce w Klukowie, które były przysiółkiem Puźnik.

Nowy rok 1945

Zbliżał się nowy, 1945 rok. Zapamiętałem północ sylwestrową. Nowy rok przywitaliśmy wyjątkowo radośnie, licząc na jego przychylność włącznie z końcem wojny. Kto miał broń palną, rakietnicę – oddawał salut powitalny na część nowych nadziei i lepszych czasów. Te strzały, a szczególnie rakiety wystrzeliwane w powietrze były dla okolicznych wiosek ukraińskich dowodem, że Puźniki dysponują siłą i są gotowe do odparcia każdego ataku.

Warty

Ale były to jedynie pozory. Prawda była inna. Wielu mężczyzn ubyło z rodzinnych domów. Jednych NKWD aresztowało, innych powołano do wojska. Obrona pozostała w rękach starszych panów i „młodzieńców”. Wieś przeto została poważnie osłabiona i obowiązkiem każdego, kto mógł udźwignąć karabin, było w jakiejkolwiek formie brać udział w czuwaniu i ewentualnej obronie. Zorganizowano kilka punktów obserwacyjnych połączonych w jeden system alarmowy.

Mój udział w tym łańcuchu działań zapobiegawczych był skromny. Wraz z innymi dwa razy w tygodniu obserwowaliśmy przedpole Klukowa oraz drogi wiodące do Puźnik. W tym celu wchodziliśmy na „horb”, czyli na wzniesienie zwane z ukraińska „horbem”, i tam wypatrywaliśmy wroga. Najprzyjemniejsze dyżury były nocą, szczególnie gdy księżyc oświetlał śniegiem przykrytą ziemię. Bawiliśmy się w zimowy sposób przez całe godziny swojego dyżurowania. Mroźny blask księżyca podkreślał piękno krajobrazu, który zachęcał nas do sportów zimowych.

Aby jednak sumiennie pełnić swoje dyżury, nie tracąc ani na chwilę z pola widzenia naszych sektorów, tworzyliśmy rotację, jedna grupka obserwowała, druga zjeżdżała w dół do Potoczka. Po dwóch, trzech zjazdach następowała zmiana. Takie zmiany pozwalały nam nie tylko rozkoszować się zjazdami (na sankach, nartach), ale jednocześnie dawały możliwość przy wejściu na górę – rozgrzania się. Przecież była to zima z niskimi temperaturami. Dla nas młodych były to najpiękniejsze igraszki zimowe, chociaż w scenerii karabinu.

Tak w ciągłym wyczekiwaniu upłynął nam styczeń. W lutym babcia [Genowefa Poterałowicz] zaproponowała, żeby wychodzić na nocleg do cioci Kasi [Katarzyna Komarnicka z d. Poterałowicz]. Z domu babci, w razie napadu, mamy długą drogę ucieczki rowem do lasu. Ciocia mieszkała trochę na uboczu, pod osłoną skarpy z jednej strony i bliżej lasu, a zabudowania położone były tuż nad wąwozem.

Zaczęła się wędrówka. W każdy wieczór wychodziliśmy z domu do cioci, pomimo że przy takiej ilości osób wygód tam nie było. Sypialiśmy na podłogach, jak śledzie w beczce, w ubraniach, zdejmując jedynie buty. U cioci na noclegi zbierała się cała rodzina i niektórzy mieszkańcy Klukowa. Bywały noce, że oprócz domowników na nocleg zgłaszało się dwadzieścia osób dodatkowo. Tak długie czuwanie i niewygody nocą trochę nas wszystkich zmęczyły i uśpiły. Nawet młodym znudziły się harce zimowe.

Koniec karnawału

Zbliżał się koniec karnawału. Zaczęliśmy organizować u Leszka [Poterałowicza] tańce i ci, którzy byli wolni od dyżuru, przychodzi na tańce. Były to moje pierwsze kroki taneczne, jeżeli chodzi o taniec towarzyski. Przygrywano na grzebieniu, łyżkach, a stół i przykrywki do garnków służyły jako perkusja. Nie mieliśmy nafty. Izbę oświetlaliśmy łuczywem, co było przyczyną dodatkowej uciechy karnawałowej.

Często izba była pełna młodzieży w różnym wieku. Zabawy te zwykle trwały do północy. Po zabawie, gdy do cioci Kasi docierałem, wszystkie miejsca zwykle były już zajęte. Z tego powodu często nie wysypiałem się i po nocy, po powrocie do domu, odsypiałem swoje braki.

Trzynastego lutego kończył się karnawał i kończył się czas zabaw. Zakończenie karnawału zorganizowaliśmy jak zwykle u Leszka. Rozgrzaliśmy kuchnię, do popiołu drzewnego wsypaliśmy sporą ilość ziemniaków, ktoś przemycił trochę samogonu i rozpoczęła się zabawa na sto dwa. Bawiliśmy się (nie tylko tańcem) do prawie dwunastej.

Środa Popielcowa

Kiedy po zabawie dotarłem do cioci, była już Środa Popielcowa, zaczął się dzień 14 lutego 1945 roku. Jak w każdą noc, położyłem się obok innych śpiących już osób, zdejmując jedynie trzewiki, kurtkę i marynarkę, i natychmiast zasnąłem, a może jeszcze szybciej. Dobrze już spałem, gdy nad śpiącymi ktoś wykrzykiwał: banderowcy… uciekać do lasu.

Ktoś inny zaczął mnie tarmosić i krzyczeć: wstawaj i uciekaj… Zerwałam się z podłogi półprzytomny nie wiedząc, co mam czynić. W izbie powstała panika, jedni usiłowali coś na siebie włożyć, inni wyskakiwali na podwórko, a wszyscy nawzajem ciągle się nawoływali. Usłyszałem głos mamy. Ponaglała babcię do wyjścia. Chwyciłem swoje buty i wyskoczyłem boso na podwórko. Zetknięcie z zimnym śniegiem otrzeźwiło mnie zupełnie. Buty trzymając cały czas w ręku nałożyłem na bose, mokre nogi.

Łuny palącego się Klukowa i ryki zwierząt przeraziły mnie tak bardzo, że nie mogłem poradzić sobie z zasznurowaniem swoich butów. Sąsiednie domy już się paliły, a w ogrodach widać było poruszających się bandytów, niektórzy z nich biegli w naszą stronę z palącymi się pochodniami. Z naszego podwórka strzelano z broni strzeleckiej. Kilka osób osłaniało naszą ucieczką do wąwozu i dalej w las. Nawoływano do pośpiechu, a ja nadal nie mogłem sobie poradzić przy sznurowaniu trzewików.

Na podwórku ciągle jeszcze słychać strzały naszej osłony, chociaż swąd palących się domów wraz z dymem dolatywał do nas coraz mocniej. Ktoś mnie mocno pchnął w kierunku wąwozu i gdy znalazłem się już w wąwozie odzyskałem w pełni zdolność oceny sytuacji. W wąwozie stwierdziłem, że nie byłem sam. Niektórym mieszkańcom Klukowa udało się dotrzeć do nas i razem ruszyliśmy w dół w kierunku lasu. Niektórzy dźwigali swoje „majętności”, wykazując potworne zmęczenie. Uciekaliśmy, aby jak najdalej znaleźć się od pożarów, od zagrożenia. Rozbiegały się rodziny, każdy schronić się chciał jak najskuteczniej i każdy schronienie to organizował na własną rękę.

Grożące niebezpieczeństwo często odbiera ludziom rozsądek i możliwości trzeźwego myślenia. Widziałem to w czasie tej ucieczki i sam tego doświadczyłem. Kiedy znalazłem się już na Kopankach zobaczyłem, że jestem wśród ludzi, ale bez najbliższych. Nie wiedziałem, co mogło się wydarzyć, czy aby wszyscy zdążyli opuścić mieszkanie przed podpaleniem? Dopiero po chwili ujrzałem mamę biegnącą razem z babcią. Obie były zmęczone. Staruszka nie nadążała i mama ją prawie ciągnęła.

Ukryć się przed banderowcami

Grupa ludzi, oszalałych ze strachu, powiększała się. Ciągle ktoś do nas dołączał. Za nami rozprzestrzeniała się łuna palącego się już domu cioci Kasi. Z wąwozu na Kopankach widoczne było niebo gorejące, niebo we wszystkich czarnych cieniach. Zaczęliśmy się nerwowo naradzać i szukać kryjówek.

Dołączył do nas jeszcze Janek [Działoszyński], syn cioci Działoszyńskiej. Był zmarznięty. Uciekł w jednej cienkiej wiatrówce, która w żadnym razie ogrzać go nie mogła. Ja chociaż miałem ciepłą marynarkę, a on był prawie nagi. Postanowiliśmy, że babcia razem z innymi podąży dalej do lasu, my zaś wdrapiemy się po skalistym stoku do młodnika grabowego. Skała w nocnej poświacie wyglądała jakby wisiała z lewej strony nad wąwozem. Co nas skłoniło wdrapywać się na nią? Racjonalnie uzasadnić nie potrafię. Wdrapując się na górę musieliśmy pokonać zwisy śniegowe i zamiast zatrzymać się w połowie na tej skale i zagrzebać się w śniegu, brnęliśmy dalej bez zastanowienia.

Gdy znaleźliśmy się w zagajniku wyszukałem stary szaniec zasypany śniegiem, w którym z łatwością urządziliśmy sobie „gniazdko”, przysypując się śniegiem. Na górze okazało się, że jest nas czworo. Za nami poszła córka sąsiadów, Bronka [Przybyłkiewicz], która jeszcze wczoraj partnerowała mi na zabawie. Mama w ostatniej chwili zabrała koc, który okazał się teraz być niezbędny. Wszyscy przytuleni do siebie, owinięci kocem i mamy jesionką, i przykryci śniegiem leżeliśmy bez ruchu.

Poczułem zmęczenie i senność, a po krótkim czasie potworny ziąb. Przez cały czas dolatywały do nas odgłosy strzałów oraz swąd dymu. Leżeliśmy w tym okopie nie wiadomo jak długo, bojąc się poruszyć i rozmawiać. W pewnym momencie usłyszeliśmy zbliżające się, coraz wyraźniejsze odgłosy prowadzonych rozmów w języku ukraińskim, a po chwili nawet skrzypienie śniegu słychać było bardzo wyraźnie. Wesoło opowiadali sobie, przekrzykując się nawzajem, swoje sukcesy… ilu który zabił, ile zagród podpalił… Zamarliśmy ze strachu, a zęby mi tak dzwoniły, że byłem pewny, że jeżeli przestaną głośno mówić, to dzwonienie moich zębów banderowcy usłyszą.

Wybór miejsca na schronienie był fatalny. Nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, że tak niedaleko przebiega droga, którą banderowcy będą wracać do swoich ciepłych i bezpiecznych domów po wykonaniu zbrodniczego zadania. Przeżyliśmy ciężkie chwile słysząc ich rozmowy. Odetchnęliśmy, gdy głosy te zaczęły się oddalać i z czasem umilkły. Siedzieliśmy nadal zlodowaceni, bojąc się poruszyć. Przejmujące zimno dokuczało nam coraz okrutniej. Tej nocy mróz przekroczył dwadzieścia stopni, a my półnadzy siedzimy w bezruchu zapaprani w śniegu.

Świt i zgliszcza

Strzały ucichły, łuny widoczne z naszego miejsca coraz słabsze, a przez rzadkie już dymy zaczyna świtać. Postanowiliśmy zejść do wąwozu. Na prawo, w dole dogorywał Kluków i cioci zabudowania. Zjechaliśmy po śniegu do wąwozu. Ludzie powoli wychodzili ze swoich kryjówek i zaczęli się gromadzić w wąwozie. Każdy badał z wielką ostrożnością teren, czy nie ma już zagrożenia. Jeden drugiego wypytuje o bliskich, znajomych. Rozgrzewamy się bieganiem, tupaniem, ale niewiele to pomaga. Ciało wyziębione niełatwo jest ogrzać. Decydujemy się wracać do Klukowa. Jeszcze nie wiemy, nie znamy finału nocnego polowania…

Dziś jeszcze wspominając tę noc, skóra mi cierpnie na grzbiecie. To była potworna noc. Ile to już razy byłem w śmiertelnym zagrożeniu i ile nacierpiałem się zimna, głodu i strachu, a przecież nie byłem żołnierzem walczącym na froncie, nie brałem udziału w walkach partyzanckich. Niech każda wojna i każdy, kto ją wznieca – będą przeklęci.

Nieśmiało i z wielką ostrożnością wracaliśmy wąwozem do swoich domostw. Woń spalenizny biła w nozdrza. Pierwsze pogorzelisko, jakie ujrzałem, to zabudowania cioci Kasi, które przed kilkoma godzinami opuszczaliśmy w popłochu. Spłonęło wszystko, nawet oddalona od zagrody suszarnia tytoniu. Wujek Komarnicki [Władysław] przed ucieczką zdążył wyprowadzić wszystkie zwierzęta, które teraz błąkają się po ogrodzie.

Kiedy doszliśmy do Klukowa, wtedy dopiero doznałem morza smutku i rozpaczy. To co zobaczyłem, było już tylko obrazem zgliszcz. Tu nie zdążono uwolnić żywego dobytku, ba, nie wszyscy mieszkańcy sami zdążyli ujść śmierci. Pod mostem kilka ciał pomordowanych, a wśród nich dziadek Anieli Krzywoń – bohaterki spod Lenino. W oborach zwęglone konie, krowy, a niektóre jeszcze się męczyły na uwięzi. Moje króliki, które przez przypadek nie utonęły w Dniestrze, doznały ciężkich poparzeń, a niektóre oślepły. Żal mi było zwierząt i nie wstydziłem się tego, żałowałem ich więcej niż ludzi, chociaż już w owym czasie często rozmyślałem nad niezrozumiałą dla mnie ludzką śmiercią.

Dom babci dogorywał. Kikut komina górował nad czarnym rumowiskiem. Wpadłem, nie bacząc na niebezpieczeństwo zawalenia się do wewnątrz. W naszej izbie wszystko spłonęło, a pośrodku trochę gruzu sufitowego i trochę zwęglonego zboża. Jedyną rzeczą nadającą się jeszcze do użytku w tych zwęglonych szczątkach, to samotnie wiszący na ścianie mój śniadaniowy garnuszek, ze złotą otoczką i z napisem, że w każdym domu rano pije się kawę. Był cały, jedynie złote napisy zbladłe.

Dotarłem do miejsca, w którym stała komoda przywieziona z Niżniowa. Z komody i jej zawartości jedynie garstka popiołu pozostała. Nad komodą wisiał obraz Kossaka, wierna kopia „Olszynki”. Pozostał jedynie zaczep na gwoździu. Najbardziej ubolewałem nad stratą dokumentów i pamiątek rodzinnych, a szczególnie pamiątek po moim ojcu. Nawet muszla morska, którą mi ojciec przed laty przywiózł z Gdyni i z wewnątrz której szumu morza nadsłuchiwałem, nie wytrzymała ognia. Popękała i pozostały jedynie okruchy. Zdjąłem ze ściany garnuszek i ostrożnie wydostałem się z tych zgliszcz.

Stanęliśmy z mamą przed spalonym domostwem pogrążeni w apatii, bez wizji dnia jutrzejszego. Takich obrazów nie da się zapomnieć, one zapadają człowiekowi w serce niczym rozległy, piekący ból zawałowca. Do Klukowa coraz więcej mieszkańców docierała do swoich zgliszcz i coraz więcej docierało do nas wieści, kto zginął, kto gdzie się skrył. Zjawiła się wreszcie oczekiwana babcia wraz z wujenką Lidzią [Poterałowicz]. Pamiętam, że wśród wszystkich rozpaczających jedynie babcia była jakby obojętna i pocieszała nas, że Bóg tak chciał, że mogło być gorzej, a wy jeszcze jesteście młodzi i wszystko odbudujecie. Pierwsza wojna, mówiła, także wszystko pochłonęła, zostałam z siedmiorgiem dzieci pod gołym niebem i dzięki Bogu poradziliśmy sobie. Teraz również winniśmy Bogu dziękować, że żyjemy. Zapamiętałem te słowa.

Ofiary i pogrzeby

Poszliśmy dalej do wioski, szukając pozostałych bliskich i ocalałego domu, w którym można by było się schronić przed zimnem. Ludzie chodzili jak lunatycy, nawet mało kto płakał. Wszyscy byli przerażeni i nawiedzeni głębokim smutkiem. Znoszono ciała ofiar. Niektóre były w przerażającym stanie. Byli też i ranni, którym udzielono pierwszej pomocy. Ci, którzy pozostali przy życiu, jeszcze tego samego dnia zorganizowali pogrzeb.

Wszystkie ofiary pogrzebano w dwóch mogiłach na cmentarzu Puźnieckim. Pośrodku mogiły postawiono, naprędce zbite drewniane krzyże, które ponoć do dziś stoją na mogiłach, w których spoczywa ponad 70 osób ofiar napadu. Ceremonia pogrzebu odbyła się w ciszy, bez płaczu i lamentu, co ponownie pobudziło moje rozmyślanie. Długo zastanawiałem się, jak to jest, że ludzie po jednym zmarłym rozpaczają głośno płacząc, omdlewają, ale gdy giną setki – pozostali przy życiu nie lamentują. Swoją rozpacz, swój żal przeżywają w ciszy i w skrytości. Dziś myślę, że w takich chwilach jesteśmy poniekąd uspokojeni, że ten los ofiar nie spotkał nas, że nie my staliśmy się ofiarami chociaż byliśmy tak samo narażeni. Tu zwycięża ludzki egoizm.

Po pogrzebie mieszkańcy zaczęli się gromadzić w domach, których nie spalono. Niewiele tych budynków oszczędzono. Nienaruszone budynki, takie jak szkoła i probostwo mogły pomieścić większą ilość ludzi i tam zorganizowano punkty zbiorowego żywienia, zajęto się sprawami tych, którzy pozostali przy życiu. Byliśmy bez perspektyw, ale żyć trzeba. Ale zanim coś się postanowi, każdy z żyjących otrzymał solidny obiad ugotowany przez gospodynie. Mięsa było w brud. Dobijano krowy, świnie i inne pomniejsze zwierzęta domowe, które ucierpiały w pożarach. Nikt nie pościł w Środę Popielcową. W czasie posiłku ludzie w przyciszonych rozmowach dzielili się wrażeniami, każdy opisywał co przeżył i co widział, wspominano też tych, którzy zginęli.

W przeciągu trzech miesięcy przeżyłem w potwornym strachu, raz walcząc z wodą i drugi raz walcząc ze śniegiem w czasie ucieczki. Banderowcy na Puźniki napadli ze wszystkich stron równocześnie po północy. Jeżeli napotkali na opór w jednym miejscu, szukali dojścia do wioski w innym. Wszystko, co żyło i ruszało się było dla nich celem. Zabijali czym w co był uzbrojony, strzałem z broni strzeleckiej, siekierami, nożami, nawet kołami. Część z tych siepaczy szli od domu do domu i podpalali.

W niektórych miejscach Polacy długo się bronili, a np. na probostwie bronili się skutecznie, odpierając atak za atakiem. W tej obronie widziano też ofiary po stronie atakujących, ale przy odstąpieniu, banderowcy swoich zabitych i rannych zabierali.

Uratowane niemowlę

Szeroko komentowano, jak jeden z mieszkańców w ostatniej chwili chwycił niemowlę z kołyski i wybiegł z nim w pole. Tam został trafiony pociskiem i padł razem z dzieckiem. Rano gdy go znaleziono, usłyszano płacz dziecka. Denat leżał twarzą do ziemi, podparty łokciami, a pod jego kożuchem, pod klatką piersiową, w ciepłym gniazdku kwiliło dzieciątko. Ile silnej woli musiał mieć przed skonaniem, że padając na twarz, aby nie udusić dziecka, upadł na zgięte w łokciach ręce i w tej pozycji zastygł. Dziecko płakało rano bardziej z głodu niźli z zimna i niewygód. Po obiedzie znalazłem w jednej z klas szkolnych cichy kąt, owinąłem się kocem i zasnąłem. Od tej pory nic więcej nie pamiętam.

Maria Jarzycka

[…]. W lutym 1945 r. w Zalesiu zamordowano kilka osób z Puźnik. Pamiętam, że z tej grupy ciężko ranne przeżyły dwie kobiety, w tym koleżanka mojej mamy Maria Jarzycka, która ciężko ranna (kilka ran postrzałowych) dowlokła się do domu pozostawiając w Zalesiu martwą 10-letnią córkę. Rozpacz matki po stracie jedynej córki nie wygasła przez całe jej życie. Ile razy odwiedzała w Niemysłowicach moją mamę, zawsze wspominała swoje dziecko ze łzami w oczach. Była nieszczęśliwą kobietą przez całe życie.

W 1945 r. w Koropcu, już po spaleniu Puźnik, w czasie leśnej obławy złapano dużą ilość banderowców. Jarzycka rozpoznała wśród nich jednego z tych, którzy strzelali do niej i do jej córki. Zapytano ją, jaką karę mu zasądza, a każda zostanie wykonana. Wielu w tym czasie wieszano bez sądu, dla odstraszenia. Jarzycka odpowiedziała na tę propozycję, że nie ona go sądzić będzie, niech go Bóg sądzi. Jeszcze tej samej nocy, dzięki zdradzie wartownika aresztu, razem z innymi oprawcami i ten złoczyńca uciekł. […]

Czas wyjazdu

Nie pamiętam, jak długo spałem i kiedy zdecydowano się na wyjazd z zaścianka. Nawet nie zachowałem w pamięci spalonych budynków w środku wioski. Pamiętam jedynie spalony Kluków. Może dlatego Kluków utrwalił mi się w pamięci, ponieważ byłem z nim emocjonalnie związany, tam w popiołach pozostała naszą tożsamość.

Sięgam pamięcią dopiero do dnia, w którym wyszliśmy z zaścianka w drodze do Buczacza. Całą społeczność podzielono na dwie grupy. Jedna grupa udała się do Koropca, druga do Buczacza. Nasza cała rodzina została skierowana do Buczacza. Szliśmy w nieznane opuszczając miejsce, w którym przeżyło wiele pokoleń moich przodków, których kości spoczywają na tutejszym cmentarzu. A przecież jeszcze kilka dni temu tętniło tu życie, które kształtowane było przez wiele pokoleń. Dziś z mozolnej ich pracy pozostają ruiny i garstka popiołu.

Po latach docierają do mnie wiadomości, że już nawet ruin nie ma, wszystko zarosło krzewami, sady zdziczały, drogi zanikły, a cała okolica wcale nie przypomina, że tam kiedyś żyli ludzie ze swoimi radościami i troskami. Pozostała jedynie kapliczka Matki Boskiej w Kamiennej jaskini. Mnie zaś często nawiedzają sceny ostatniej nocy: zimno, dymy, sterczący w ruinach komin i te przerażające odgłosy dochodzące ze spalonych obór.

Droga do Buczacza

Podróż do Buczacza była smutna i ciężka. Grupa nasza, którą stanowili członkowie kilku rodzin, była liczebnie dość pokaźna. Towarzyszyła nam jedynie furmanka, ta sama z której spadłem do Dniestru. Jarzycki ze swoją rodziną razem z nami podążali do Buczacza, w którym tylko nieliczni mieli znajomych, u których mogą się zatrzymać, pozostali liczyli jedynie na łut szczęścia, że znajdą jakiś dach nad głową.

Droga obfitowała w duże zaspy i nasza karawana poruszała się dość wolno. Pamiętam smutno – zabawne zdarzenie z tej podróży. Babcia moja, 69-letnia już kobieta, zmęczona, niefortunnie potknęła się i upadła. Ktoś jej pomógł wygrzebać się z obfitego śniegu i dalej nadal kroczyliśmy po tej nierównej drodze. W pewnym momencie babcia stanęła i woła: Dzieci moje, niech ktoś wróci, bo przy upadku zgubiłam rękę. Trzeba było babci perswadować, że ręka jest na miejscu, tylko z zimna straciła w niej czucie. Babcię wsadzono na wóz, owinięto kocem, ciągle tym samym, i mogliśmy maszerować dalej. Po kilkugodzinnym marszu, późnym wieczorem, dotarliśmy do Buczacza.




Urodzeni w Puźnikach w 1902 roku

Lista osób  urodzonych w Puźnikach w roku 1902 sporządzona na podstawie ksiąg metrykalnych.

31.12.1901 (chrzczona w 1902) – Cecylia Lisowska, córka Włodzimierza i Stefani Poterałowicz

13.01.1902 – Maria Jasińska, córka Wojciecha i Kornelii Dancewicz

01.02.1902 – Katarzyna Poterałowicz, córka Antoniego i Genowefy Kasperskiej

04.02.1902 – Stanisława Kosińska, córka Rozalii Kosińskiej

07.02.1902 – Karol Malitowski, syn Władysława i Emilii Drzymuchowskiej

17.02.1902 – Rozalia Poterałowicz, córka Michała i Franciszki Widzowskiej

20.02.1902 – Feliks Kret, syn Michała i Anny Sawickiej

01.03.1902 – Marianna Biszkowiecka, córka Marcina i Anny Ługowskiej

09.03.1902 – Stanisława Łozińska, córka Józefa i Józefy Drzymuchowskiej

13.03.1902 – Marcella Boska, córka Łukasza i Emilii Poterałowicz

26.03.1902 – Stefania Biszkowiecka, córka Józefa i Katarzyny Łapiak

23.04.1902 – Józef Wojciech Kusiński, syn Wojciecha i Heleny Koryzmy

27.04.1902 – Jan (Chrzciciel) Sułkowski, syn Kazimierza i Marcelli Sidorów

29.04.1902 – Piotr Duzinkiewicz, syn Stanisława i Marii Koryzmy

19.05.1902 – Adolf Jaworski, syn Józefa i Emilii Duzinkiewicz

07.06.1902 – Helena Chmielowska, córka Jana i Pauliny Jaworskiej

13.06.1902 – Antoni Krowicki, syn Wincentego i Teresy Majdańskiej

16.07.1902 – Adela Machnowska, córka Mikołaja Machnowskiego (verte Machnowicz) i Rozalii Poterałowicz

16.07.1902 – Maria Szafrańska, córka Jana i Józefy Dancewicz

22.07.1902 – Michał Baraniecki, syn Stefana i Emilii Poterałowicz

24.07.1902 – Helena Dancewicz, córka Franciszka i Antoniny Jasińskiej

03.08.1902 – Włodzimierz i Jan Łapiak, synowie Andrzeja i Marianny Biszkowieckiej

17.08.1902 – Jan Karpiński, syn Franciszka i Julii Koryzny

20.08.1902 – Maria Waleria Jasińska, córka Jana i Rozalii Poterałowicz

23.08.1902 – Marian Działoszyński, syn Józefa i Antoniny Czychman

24.09.1902 – Katarzyna Łapiak, córka Józefa i Rozalii Baszczyj

25.09.1902 – Marcin Zygmunt Łucki, syn Karola i Marii Boskiej

23.10.1902 – Malwina Łapiak, córka Macieja i Marii Pirar (?)

23.10.1902 – Maria Władysława Jasińska, córka Michała i Emilii Głębockiej

04.11.1902 – Kajetan Wiktor Kosiński, syn Jana i Reginy Markowskiej

06.11.1902 – Józef Boski, syn Wojciecha i Bronisławy Kosińskiej

14.11.1902 – Katarzyna Kret, córka Kazimierza i Ireny Kramarz

26.11.1902 – Antoni Feliks Koryzma, syn Emila i Genowefy Duzinkiewicz

09.12.1902 – Jan Franciszek Jarzycki, syn Wiktora i Franciszki Koryzmy

21.12.1902 – Stefan Jarzycki, syn Antoniego i Michaliny Koryjańskiej

23.12.1902 – Eleonora Koryzma, córka Juliana i Honoraty Dancewicz

27.12.1902 – Jan Zwojewski, syn Adolfa (pracownik najemny) i Józefy Kasperskiej

27.12.1902 – Feliks Jan Szafrański, syn Michała i Katarzyny Boskiej

 

Opracowali: Konrad Zaleski i Maciej Dancewicz

 

 




Puźniki 1939-1944 ze wspomnień Zbigniewa Szczupaczyńskiego

Zbigniew Szczupaczyński - Puźniki

Publikujemy wspomnienia Zbigniewa Szczupaczyńskiego, który pochodzi z Niżniowa, a w Puźnikach często spędzał wakacje. Wspomnienia obejmują okres lat 1939-1944 i stanowią część większego opracowania we fragmentach dotyczących samej wsi Puźniki.

Wspomnienia dotyczące roku 1945 są dostępne w artykule: Atak UPA na Puźniki.

Całość wspomnień Zbigniewa Szczupaczyńskiego obejmujących okres lat 1931-1949 można pobrać w formacie pdf:

Wakacje 1939

W Puźnikach przez kilka pierwszych dni przed rodziną i kolegami paradowałem w mundurku harcerskim, zdobywając uznanie, a wśród chłopców podziw i zazdrość. U babci Poterałowiczowej [Genowefy] dobrze się czułem. Lubiłem rano wstać i razem z chłopakami chodziłem na łęgi, na których wypasano krowy i konie. Z pastwiska zwykle wracałem konno, na oklep. Byłem szczęśliwy, bo dla samych koni gotów byłem przyjeżdżać do Puźnik o każdej porze roku. Wtedy pierwszy raz dosiadałem konia, chociaż początkowo piekielnego miałem pietra.

Wrzesień 1939

Był to ostatni rok mojego dzieciństwa. W tym nieszczęsnym roku drugą połowę wakacji spędziłem w Puźnikach. Z tych wakacji u babci Poterałowiczki pamiętam jedynie końcową ich część. Wszystko inne uleciało z pamięci. Wieści ze świata do Puźnik docierały z dużym opóźnieniem, a i te, które dotarły rozchodziły się po domach zawsze już odpowiednio zabarwione fantazją i swoistą, puźniecką filozofią. Przekazywane były bowiem z ust do ust i każdy wzbogacał dodając coś od siebie. A fantazji i polotu tym ludziom nie brakowało. Kilka egzemplarzy gazet, które trafiały do Zaścianka, docierały z dużym opóźnieniem, a radio było jedno lub dwa i to nie zawsze czynne.

Koniec sierpnia w Puźnikach był spokojny i nie wprowadzał w życie żadnych zmian. W tej szarej codzienności wszyscy wykonywali pospołu swoje obowiązki gospodarskie i nie zawsze był czas na pogawędki polityczne. Jeżeli już mężczyźni w niedzielę po sumie pod Kościołem rozmawiali o sytuacji na świecie, to swoje wypowiedzi opierali na rządowej propagandzie o naszej sile i naszych związkach z zachodem. Nikt nie przepowiadał wojny. Powszechnie uważano, że Niemcy nie odważą się na taki krok, jeżeli z nami są takie potęgi, jak Anglia i Francja. W te dwa państwa wierzono, ufano ich potędze i wierzono w ich uczciwość wobec nas Polaków.

Wprawdzie wszystkie tego rodzaju dyskusje ludzi doświadczonych, pamiętających nie tylko pierwszą wojnę, ale nawet wojnę japońską z 1905 roku – kończyły się optymistycznymi wnioskami, to jednak atmosfera, jaka wkradła się do chat ludzi ciężko pracujących, na podstawie zasłyszanych wiadomości, była niewesoła i nie wróżyła nic dobrego. Wyczuwało się coś, co mogło, co groziło wybuchem.

Nikt nie był zachwycony sytuacją. Wszyscy jednak byli zgodni, że o ile zaistnieje potrzeba, mężczyźni gotowi będą stanąć w szeregach obrońców ojczyzny. Takiego uniesienia patriotycznego już więcej u tych ludzi nie widziałem. Tą atmosferą żyłem i ciągle myślałem o powrocie do Niżniowa. Nawet na pastwisku chłopcy o niczym innym nie opowiadali jedynie o wojnie i naszym zwycięstwie.

Mama, na którą z taką niecierpliwością czekałem, wreszcie 30 sierpnia pojawiła się w Puźnikach. Sprawiała wrażenie trochę jakby zmartwionej. Opowiadała – a chętnych świeżych wiadomości było dużo – o sytuacji w Niżniowie, że ludzie robią zapasy, szykują taśmy do zalepiania szyb okiennych, co miało uszczelniać przed gazem i jednocześnie wzmacniać odporność przed wstrząsami w razie wybuchu bomb, że wkrada się nieufność między Polakami i Ukraińcami i że w ogóle atmosfera robi się coraz gorsza.

W tym samym jeszcze dniu wyruszyliśmy w drogę powrotną. Nikt nie przypuszczał, że z Puźnikami żegnamy się na prawie dwa lata.

Po powrocie z Syberii w 1941

Pokonując trzy tysiące km w tak trudnym warunkach dotarliśmy wreszcie w pierwszej połowie czerwca do Puźnik. Przypominam sobie, że była to sobota, chyba dwa tygodnie przed wybuchem wojny niemiecko-rosyjskiej. Wróciliśmy u kresu wyczerpania nerwowego i fizycznego. Brudne i zawszone łachmany wisiały na naszych szkieletach. Ta ponad trzymiesięczna podróż pozostała w mojej pamięci, jak potworna zmora widziana we śnie. […]

Wieści o naszym powrocie rozeszły się po zaścianku lotem błyskawicy. Od dłuższego już czasu czekano na nas w rodzinnym domu. Ciocia Stefa [Stefania Poterałowicz] listownie powiadomiła babcię o naszym wyjeździe i wszyscy w rodzinie przeżywali niepokoje, domyślając się najgorszego. Tego, że wracamy pieszo nikt nawet nie mógł przewidzieć, nawet teraz nie wszyscy dawali wiary naszym opowiastkom, dopiero nasz wygląd wychudzony, nasze zlepione brudem włosy, a szczególnie moje poranione nogi przekonywały niedowiarków.

Teraz w domu babci ruch jak w karczmie. Ludzie byli ciekawi naszych przygód, każdy chciał na własne oczy zobaczyć i własnymi uszami usłyszeć – czy, aby naprawdę wróciliśmy, czy też ktoś plotkę puścił. Przecież stamtąd nikt jeszcze nie wrócił za czasów sowieckich. Ludzie byli zorientowani, co oznaczało być wywiezionym na Syberię. Z Puźnik i okolic obok rodziny Krzywoniów na Syberii przebywało kilka rodzin, a o niektórych słuch zaginął. Dlatego nasz powrót był przedmiotem tak dużego zainteresowania. Wszyscy, którzy nas zobaczyli szczerze nam współczuli i płakali nad losem tych, którzy tam pozostali.

Pierwszą czynnością po powrocie była kąpiel i spalenie naszej odzieży. Jeszcze dziś widzę siebie w tych łachmanach brudnych i podartych, a w każdym załamaniu, w każdym rąbku materiału gnieździły się wszy. Kilka najbliższych dni udzielaliśmy „wywiadów” i odpoczywaliśmy, lecząc rany nóg.

Wiosna tego 1941 roku miała dla mnie tyle uroku, że chyba żadna inna nie była tak urocza i piękna, dająca tyle szczęścia i radości. Niczego nam nie brakowało, wszyscy się o nas troszczyli i nie mogliśmy się sobą nacieszyć, a moi rówieśnicy patrzyli na mnie z podziwem i z niemałą zazdrością. Dla nich była to wielka przygoda podróżnicza, o ubocznych skutkach tej przygody nikt w tym wieku nie zastanawia się. […]

Do zdrowia dochodziłem szybko. Żywienie regularne, mleko kozie, słońce wiosenne i przede wszystkim przyjazne otoczenie leczyły mój organizm w tempie niespodziewanym. Gorzej było ze zdrowiem mamy. Biedna mama. Pomimo troskliwej opieki ze strony rodziny, ciągle była osłabiona i bardzo blada. W trosce o jej zdrowie rodzina zdecydowała, że będzie lepiej, jeżeli mama uda się do Niżniowa, gdzie podda się badaniom i opiece lekarskiej. W Puźnikach lekarza nie było, ludzie tam leczyli się sami, jedynie z cięższymi przypadkami dojeżdżano do Niżniowa, Buczacza lub Koropca.

Sąsiad babci ofiarował swoje usługi i proponował nas furmanką odwieźć do Niżniowa, ale mama postanowiła przejść drogę do Niżniowa pieszo. Tyle razy ją swoim życiu pokonywała pieszo, że zapragnęła bliskie duszy widoki odświeżyć w swojej pamięci. Ostatnio tą drogą i tymi ścieżkami przeszliśmy 30 sierpnia 1939 roku. Wracałem wtedy z wakacji, marząc o bohaterstwie, obronie ojczyzny… W tym czasie nie mogłem, nikt nie mógł przewidzieć, że moim bohaterskim czynem będzie nie walka z wrogiem, a walka z przeciwnościami, walka o przetrwanie.

Zima 1942

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia 1942 roku, które zapragnąłem ponownie spędzić w Puźnikach. Jeszcze dziś zastanawiam się, co mnie tak przyciągało do Puźnik. Przecież w Puźnikach i zimą, i latem miałem gorsze warunki niż w Niżniowie pod każdym względem. A jednak ciągle tam zaglądałem.

Zimą u babci Poterałowiczki w domu było tak zimno, że nawet pod pierzyną trudno się było ogrzać, chociaż w piecu palono cały dzień. Wyżywienie również było gorsze. Babci w czasie wojny żyło się mniej niż skromnie. Mnie jednak nic nie przestraszało, byłem zawsze chętny pokonać tę czasami nieprzyjemną, a nawet niebezpieczną drogę, aby święta lub jakiś chociaż czas spędzić w Puźnikach. Przyciągała mnie tu utrwalona tradycja i atmosfera życia tych ludzi. Tu się czuło czasy przedwojenne, oddychało się wolnością bez obawy, że ktoś podsłuchuje i donosi na gestapo.

Odległość między Niżniowem a Puźnikami tak mała, a różnica życia – tak dużą, nawet sposób myślenia i interpretacji zachodzących zjawisk był różny. Ba, język którym posługiwano się na co dzień różnił się znacznie. Wiele przedmiotów nosiło różne nazwy.

W tym roku w Puźnikach nie odnotowano jeszcze niebezpiecznych napadów, chociaż urzędnicy i policja ukraińska sporadycznie zjawiają się w Puźnikach, ale jak na razie wizyta ich ogranicza się do ściągania kontyngentu i do określania prac przymusowych na rzecz okupanta.

W tym czasie krążyło już coraz więcej wiadomości o Sikorskim, którego postać zaczęła wtedy być dla nas legendą. Z ust do ust przekazywano o nim i o jego działalności różne wieści, prawdziwe i mniej prawdziwe, które podtrzymywały nas Polaków na duchu, dodając sił do zwiększonego oporu okupantowi. Rozwijały się grupy partyzantów o różnych zabarwienia ideowych i politycznych, ale mający wspólny cel – zwalczanie i osłabianie siły niemieckiej. W lasach Puźnieckich takich leśnych ludzi ciągle przebywało, a że zaścianek był na odludziu – partyzanci często urządzali sobie w Puźnikach bazę wypoczynkową.

Niemcy nie docierali w te strony, a policja ukraińska, jeżeli wizytowała, to z większą siłą przyjeżdżali.

Lato 1943

Dotarła do nas wiadomość, że w Puźnikach Niemcy rozwinęli rzeźnię polową, do której spędzają setki sztuk bydła rogatego, owiec i świń. Wiadomo, że przy takich placówkach zawsze kwitną różnego rodzaju szwindle. Nawet Niemcy nie byli tak solidni wobec swojej armii, kradli z magazynów mięso, podroby, skóry i wymieniali na inny towar, szczególnie na bimber.

Poszedłem do Puźnik z bańką bimbru. Już od lasu zobaczyłam olbrzymie tereny ogrodowe zagrodzone, z mnóstwem bydła. Krowy wychudzone i potwornie brudne, widać dawno je nie karmiono. Dostawa była większa od możliwości przerobowej rzeźni. Zatrzymałem się u Leszka, ponieważ mieszkanie babci po przeciwnej stronie sieni zajęli Niemcy na swoją kancelarię. Czasami rozrabialiśmy z Leszkiem, czym przeszkadzaliśmy w pracy pisarzom pracującym w kancelarii.

Dnie były gorące, jak całe to lato 1943 roku, drzwi wszystkie otwarte, a więc każde głośne zachowanie słyszalne było w całym domu. W czasie takiej rozróby jeden z Niemców wpadł wściekły do izby Leszka i trochę mnie poturbował. Od tego momentu porozumiewaliśmy się szeptem.

W Puźnikach okazało się, że niepotrzebnie dźwigałem z Niżniowa bimber, tam bimbrownia była prawie w każdej rodzinie. Bimber pędzono w lasach na potęgę – ponieważ było duże zapotrzebowanie. Mięsa i wyrobów mięsnych wszyscy mieli pod dostatkiem, wszystko za bimber. Cały Kluków obwieszony skórami, stosy kości i olbrzymie doły z nieczystościami rzeźniczymi. Dawało to razem taki smród, że dopiero po kilku dniach nos mój mógł tolerować bez większego buntu.

Właśnie wtedy na ten mały garnizonik natarł swoimi oddziałami partyzanckimi Kowpak. W samych Puźnikach przez dwie, może trzy godziny było trochę zamieszania i dużo strzelaniny. Partyzanci szybko pokonali opór i poszli jak burza w kierunku Karpat. Większy opór Niemcy zorganizowali w lasach koropieckich, ale zatrzymać Kowpaka nie zdołali, tracąc kilku zabitych i wielu rannych.

Na trzeci dzień po tej walce zaopatrzony w mięso wróciłem do Niżniowa. Po moim powrocie do domu dowiedziałem się, że Niemcy z policją ukraińską dokonali pacyfikacji górnej części Puźnik paląc kilka domów i aresztując kilku mężczyzn. Niemcy początkowo myśleli, że byli to AK-owcy. Dopiero po wyjaśnieniu nieporozumień – aresztowanych zwolniono, ale kilka domów dogorywało. […]

Przed świętami Bożego Narodzenia 1943 roku, do Puźnik poszedłem sam. Mama nie mogła, musiała pracować i została na folwarku. Jesień tego roku była ciepła i długa, chyba do 20. grudnia, nawet ziemia jeszcze nie była zmarznięta, co o tej porze zawsze się zdarzało.

Rok 1943 charakteryzował się dla nas Polaków wzrostem terroru niemieckiego wobec narodu polskiego oraz coraz liczniejszymi mordami popełnianymi przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach, które osiągnęły niespotykane dotychczas rozmiary. Często docierały do nas wieści z okolicznych wiosek o napadach, mordach i zniszczeniach. Polacy żyli w ciągłym strachu, bez pewności jutra. Nawet Niemcy na folwarku z bronią się nigdy nie rozstawali, a nocą zamykali się na cztery spusty.

Czasy były niepewne dla całych grup zorganizowanych, jak i pojedynczych osób. Idąc do Puźnik byłem cały czas podszyty strachem. Każdy napotkany człowiek był, w moim wyobrażeniu, banderowcem. Dopiero u babci odetchnąłem pozbywając się tak męczącego stresu.

Bójka

Jak zwykle zaczęliśmy kompletować zespół do herodów i szykować stroje. W trakcie prac nad strojami okazało się, że braknie nam papieru kolorowego na ułańskie pasy. Ponieważ w Niżniowie miałem papieru i kleju pod dostatkiem, wraz z Bronkiem Działoszyńskim zwanym „Paką” wyruszyliśmy pewnego ranka do Niżniowa. […].

Po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy z papierem i klejem w drogę powrotną. Na Werbkę dotarliśmy w godzinach popołudniowych. Werbka, wieś z rzadką zabudową zamieszkana byłam w większości przez Ukraińców.

Dochodziliśmy do lasu drogą prowadzącą do Puźnik, gdy zaczepili nas chłopcy, których przy drodze stała spora gromadka. Zaczęło się od słownego znieważania, a skończyło się bijatyką. Bójka skończyła się dla mnie i Bronka bardzo nie po myśli. Do domu wróciliśmy bardzo późno, już prawie nocą, pobici, z licznymi ranami i siniakami oraz bez papieru i kleju. Była to nasza narodowa i religijna klęska. Po kilku dniach wprawdzie doszedłem do sił, ale niestety i tym razem z herodów nic nam nie wyszło.

Listopad 1944

Zostając w domu, zadaniem moim było przygotować się do częściowej przeprowadzki. Przez cały dzień pakowałem, co według mnie należało zabrać do Puźnik. Nazajutrz rano mama przyjechała dużą drabiniastą furmanką. Końmi powoził właściciel Jarzycki, mieszkaniec Puźnik. Do pomocy z mamą przyjechała też wujenka Lidzia. […]

Zaraz po urządzeniu się, zamieszkaliśmy w Klukowie razem z babcią i wujenką Lidzią, poszedłem nawet do szkoły. Przyjęto mnie, po wstępnej rozmowie, do czwartej klasy. Szkoła była okazałym budynkiem obok kościoła, dobrze urządzona i posiadała w swoim gronie dobrych pedagogów.

Kierownikiem tej szkoły był Mieczysław Warunek, który w szkole zaprowadził iście żelazną, wojskową dyscyplinę. Sam w niedługim czasie odczuję na prawym uchu, że do szkoły przychodzić należy punktualnie. Niestety, wkrótce Warunek został aresztowany za przynależność do AK. Był oficerem i dowódcą pododdziału AK. Z katorgi Warunek do Polski wrócił dopiero w 1956 roku. Szkoła pozostała bez kierownictwa, a że czasy były niepewne – naukę przerwano. Dla mnie była to wielka strata.

Od aresztowania Capiego dopiero teraz trafiłem do szkoły, w której mogłem się czegoś nauczyć. Niektóre wiadomości zdobyte w tej szkole tkwią mi w głowie do dziś. Język niemiecki poznawałem z samouczków i słownika, i dopiero tu, w tej szkole, poznałem deklinacje. Tu otrzymałem początki wiadomości z geografii świata.

Ciepło wspominam nauczycieli i nowych kolegów z klasy. Pamiętam, jak na czele ze Zbyszkiem Nowickim, posiadającym uzdolnienia plastyczne, malowaliśmy patriotyczne obrazki, na których obowiązkowo zawsze widniał orzeł biały. Dziś Zbyszek maluje ciekawe pejzaże, choć nie ukończył akademii w tej dziedzinie. Szkołę w Puźnikach wspominam dobrze, bo była to szkoła polska i o dobrym poziomie nauczania. Szkoda, że czas jej pedagogicznej działalności był dla mnie niedługi i tak brutalnie został przerwany. Nie miałem szczęśliwej drogi edukacyjnej początkowego nauczania, co wycisnęło piętno na moim wykształceniu ogólnym.

Od kilku miesięcy dochodziły już nas wieści, że w naszych okolicach zdarzają się wypadki napadów na polskie wsie i osady nawet w białe dnie. Często obserwowaliśmy wieczorami lub nocą łuny palących się okolicznych osad i wiosek podolskich. Ogarniała nas zgroza na myśl, że wnet przyjdą do nas. Docierały wieści, że banderowcy, jakby planowo, palą i niszczą wszystko, co polskie we wszystkich województwach południowo-wschodnich, w całej Galicji.

Żyliśmy w strachu i z ciążącą myślą, że Puźnik ostoi polskości nie ominą, że nawet dobra organizacja obronna nie odstraszy ukraińskich nacjonalistów. Nasze pierwsze ofiary barbarzyństwa były już w listopadzie i grudniu.

W listopadzie schwytano kilka kobiet polskich wraz z dziećmi i w sąsiedniej wsi ukraińskiej żywcem spalono, w starej, samotnie stojącej szopie. Wśród ofiar była też sąsiadka babci, Łapiakowa wraz ze starszą córką Kazimierą. W grudniu zaś banderowcy zastosowali inną metodę mordu. Schwytane kobiety były bite, a następnie rozstrzelane. […]

Już w tym czasie zorganizowane były z ochotników tak zwane Istrebitielnyje Bataliony, przeznaczone do walki z banderowcami i zdarzało się, że w szeregi tych batalionów wkradali się nacjonaliści ukraińscy. Bataliony te, w których służyło wielu Polaków, z wielkim poświęceniem tropiły banderowców, ale były to niestety siły zbyt szczupłe.

Grudzień 1944

[…]. Święta były skromne. Od przymusowej kąpieli w Dniestrze nie czułem się najlepiej. Stan mego zdrowia ciągle się pogarszał. Ogólne osłabienie połączone z częstymi bólami głowy dokuczały mi przez cały pobyt w Puźnikach. Jeszcze ten ciągły strach towarzyszący nam permanentnie o każdej porze dnia i nocy. Czułem ulgę jedynie w czasie angażowania się w jakieś przedsięwzięcia np. organizowanie zabaw, sportów zimowych, czy w patrolowanie terenu Klukowa. Nawet w Święta Bożego Narodzenia braliśmy udział w obserwowaniu terenu przed wsią wypatrując, czy aby banderowcy nie pokazali się na horyzoncie.

Zbigniew Szczupaczyński




To była piękna i wesoła wieś – wspomnienia Franciszki Wiśniewskiej

Franciszka Wiśniewska
Franciszka Wiśniewska

Wspomnienia Franciszki Wiśniewskiej z domu Baranieckiej (ur. 1921 r.) z dzieciństwa oraz młodości w Puźnikach. 

Mój Tato to Antoni Baraniecki, a Mama Sabina z domu Działoszyńska. Byłam ich najstarszą córką. Miałam jeszcze sześcioro rodzeństwa: Józefę, Marię, Stefana, Stanisława, Emilię i Stanisławę.

Słoneczny dom, zielona wieś i suszone owoce  

Nasz dom był przepięknie położony. Tuż przy nim mieliśmy dwa ogródki, a w nich kolorowe kwiaty.  Obok domu przebiegał rów, który ciągnął się aż do potoku, który wpadał do rzeki Koropiec. Rów był porośnięty pachnącymi bzami, jaśminami. Natomiast naprzeciw domu znajdował się piękny, czerwieniejący sad naszego wujka Jana, najstarszego brata mamy. My oczywiście też mieliśmy sad, a w nim gruszki, śliwki węgierki, czereśnie. Zebrane owoce suszyliśmy na blachach w piecu, albo podczas słonecznych dni na świeżym powietrzu. Nieraz mieliśmy po dwa worki suszonych owoców, z których Mama gotowała kompot na każdą niedzielę. Zresztą niedzielny obiad zawsze był świątecznie obfity. Mama nie tylko bardzo dobrze potrafiła gotować, ale także przygotowywać wyroby wędliniarskie. Najwspanialsze potrawy oczywiście były w okresie świątecznym. Podczas Bożego Narodzenia na stole królowały: barszcz z uszkami z grzybami, różne rodzaje pierogów, w tym z kiszoną kapustą, Mamine wyroby wędliniarskie,  kutia (pszenica z miodem, orzechami, rodzynkami oraz makiem) i oczywiście nie zabrakło wielkiego garnka kompotu z suszu.

Tato, jak wrócił z USA zaczął budować nowy dom obok starego. Jak już nowy dom był gotowy przenieśliśmy się do niego.  W domu mieliśmy trzy pokoje oraz przedpokój, w którym też można było mieszkać. W dwóch największych pokojach było aż po trzy okna, przez to było bardzo słonecznie. W trzecim pokoju mieliśmy dwa okna, a po jednym oknie w  kuchni i spiżarni. W przedpokoju były dwa okienka i dwa wejścia – jedno ze strony głównej drogi, a drugie od podwórza.

Podczas pożaru w 1930 r. spaliło się dziesięć domów. Gdy pogorzelcy pobudowali się to mieli najładniejsze domy we wsi. Ciągnęły się one od stryja Michała w naszą stronę. Przy gospodarstwach rosły piękne sady owocowe. Zresztą Puźniki wyglądały, jak byłyby w lesie i gdzieniegdzie tylko widoczne były dachy lub kominy. Po drugiej stronie od domów była tzw. tłoka, gdzie pasło się gęsi i krowy, dalej natomiast olszynka oraz cmentarz. Tuż przy naszym polu mieliśmy las. Rosły tam piękne grzyby: prawdziwki, kurki, gąski, smardze,  a opieńki można było kosić kosą. Zbieraliśmy tam też maliny i  jeżyny.

Wieś dzieliła się na dzielnice: Gnilec, Zagajówkę, Komarówkę, dwie Nagórzanki (ta druga tzw. Nagórzanka Jasionówka w drodze na Zalesie), Kluków, Wapienniki (wzniesienie, na którym pozyskiwano biały kamień), a w lesie były tzw. Broszniowskie i Lipnik.  Przed Broszniowskiem, za potokiem były jeszcze Kopanki, a za Klukowem  był Klin. Natomiast przy drodze na Zubrzec (na wschodzie) była dzielnica Kolonia, którą zamieszkiwali tzw. „Mazurzy”.

 Żarty, tańce i kolby z czarną mazią

Ludzie w Puźnikach byli bardzo pracowici. Jedni mieli więcej, drudzy mniej. Nasz Tato miał ponad dwadzieścia hektarów i do pracy w polu najmował innych, więc jak byliśmy dziećmi to nie musieliśmy pracować w polu. Tato najętym robotnikom płacił tym, przy czym pracowali. Czyli podczas zbioru zboża otrzymywali worki ze zbożem, a przy wykopkach worki ziemniaków. Tato uprawiał także tytoń, który potem suszyło się w specjalnie przygotowanej suszarni. Następnie suche liście tytoniu przenoszono do stodoły, gdzie przyciskano je deskami i „prasowano”. Na koniec odbywała się klasyfikacja liści pod względem ich jakości.  Cały ten proces był dość wymagający, ale zarobek z zakontraktowanego tytoniu spory.

Weselej przebiegał zbiór kukurydzy. Wyłamane, dojrzałe kolby trafiały na ogromną stertę w stodole. Do  wyłuskania kukurydzy schodzili się ludzie ze wsi. Zbierało się ze dwadzieścia osób. Jak pogoda pozwalała, to wszyscy pracowali w stodole, a jak były zimne noce, to w domu. Podczas pracy śpiewaliśmy, żartowaliśmy, robiliśmy kawały.  Niektóre kolby zamiast zdrowych ziaren miały czarną maź. Dziewczyny namówiły się, że jak ktoś znajdzie kolbę z czarną mazią, to ma podawać ją do siedzącego na końcu pewnego starego kawalera. On był taki zdziwiony, że wciąż trafiają mu się takie kolby. Ręce miał całe czarne i nawet nie podejrzewał, że robiliśmy mu taki kawał.  Po pracy odbywało się przyjęcie: tańce, jedzenie, kieliszek wódki, żarty do samego rannego.

Podobnie umawialiśmy się na darcie pierza oraz przędzenie nici z konopi i lnu. Potem wiejscy tkacze z nici robili płótna. W Puźnikach takich tkaczy nie było, trzeba było towar zawieźć kilka kilometrów za wsią. Pamiętam  worki z cienkiego płótna konopnego na mąkę i kaszę. Takie worki wisiały  w spiżarni, którą mieliśmy przy kuchni. Oczywiście w spiżarni mieliśmy okno, by w tych workach nie zagnieździła się pleśń. Tato zboże, ale także nasiona gryki, którą też uprawiał zawoził do najbliższego młyna w Zalesiu, położonego trzy kilometry od Puźnik.

 „Picio” od zębów oraz szkolne wspomnienia

W szkole w Puźnikach były tylko cztery klasy. Kiedyś uczył tam Austriak Mangold. Mówił w dwóch językach: mniej po polsku i więcej po niemiecku. Stryj Michał nie wiedział jak po niemiecku jest motyl i Mangold, tak go „sprał”, że do końca życia pamiętał, że motyl po niemiecku to – der Schmetterling.  Mnie natomiast uczyła zakonnica Aniela Wesołowska.  To ona kierowała szkołą i uczyła wszystkich przedmiotów. Natomiast druga zakonnica chodziła do chorych. Leczyła chorych tabletkami. Ludzie nie mieli czym płacić, więc odrabiali pracując w polu, które należało do zakonnic. Siostrzyczki zakonne miały także zwierzęta, w tym krowę. A do krowy miały specjalną służącą, która dawała jej jeść, wypędzała na pastwisko i wynosiła gnój.  Mieliśmy też samozwańczego dentystę. Jan Kosiński pseudonim Picio wyrywał ludziom zęby. Miał tylko jedne szczypce, ale chętnych nie brakowało, bo nie musieli za to płacić. Niektórzy nawet mdleli podczas zabiegu wyrwania bolącego zęba.

Gdy skończyłam czwartą klasę Tato zapisał mnie do szkoły w Monasterzyskach, ale potem podupadł na zdrowiu i obawiał się, że nie będzie w stanie opłacić mi stancji, zakupu książek, więc zostałam w szkole w Puźnikach. To tam skończyłam kolejne dwa lata, więc w sumie sześć klas. Jak wybuchła II wojna światowa zakonnice musiały uciekać z Puźnik. Podczas okupacji w szkole uczyli nasi krewni, małżeństwo  Poterałowiczów. Oboje byli nauczycielami i mieli trójkę dzieci. Pamiętam, że chodziłam na lekcje prowadzone przez nich.

Oj działo się we wsi   

We wsi co roku w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia odbywały się profesjonalne jasełka. Aktorom amatorom w razie potrzeby podpowiadał sufler. Odbywały się festyny, a zarobione pieniążki przeznaczano na potrzeby kościoła. Organizowane były także kursy np. krawiecki, tkacki.

Orkiestra w Puźnikach
Orkiestra w Puźnikach

Mieliśmy także dwie orkiestry. Kierownik tej większej, czyli kapelmajster  Walerian Dąbrowski grał na skrzypcach i pochodził z Jazłowca, ale jego przyszła żona mieszkała w Puźnikach. Po skończeniu szkoły w Puźnikach kontynuowała naukę w Buczaczu i nieraz chodziła na spacery do Jazłowca, gdzie zapoznała go. Ich wesele odbyło się w Puźnikach, a Dąbrowski zamieszkał w majątku żony i wtedy założył orkiestrę w Puźnikach. Członkowie orkiestry grali z nut i występowali podczas zabaw, wesel oraz pogrzebów. Muzycy w orkiestrze grali między innymi na kontrabasie, skrzypcach, flecie, trąbce, klarnecie, bębnie. Na trąbce grał brat kapelmajstra, który specjalnie na występy przyjeżdżał z Jazłowca. Drugą orkiestrę, znacznie mniejszą tworzyli tzw. „Mazurzy” z Kolonii (część obejmująca gospodarstwa nadane przez Rząd RP). Tam była tylko trąbka, skrzypce i chyba kontrabas. „Mazurzy” też grali bardzo ładnie, ale z pamięci.

Upomnienia od Abrahama i złodziejski majster

Mieszkańcy Puźnik robili zakupy w sklepach w Monasterzyskach, które należały głównie do Żydów. Nie raz zdarzało się, że ludzie płacili tylko część należności, a resztę mieli oddać w późniejszym terminie. Jeśli ociągali się ze zwrotem pieniędzy wtedy trafiały do nich kartki z upomnieniem. Szczególnie często otrzymywali upomnienia od Abrahama Azberdalla, który prowadził sklep z płaszczami oraz innymi ubraniami. Potem żydowscy sklepikarze wzięli się na sposób i przejmowali pieniądze swoich dłużników w momencie, gdy oddawali oni tytoń do fabryki. Gdy mój Tato przeczytał w gazecie, że nie można tak robić to od razu poszedł do dyrektora fabryki. Pokazał jemu gazetę i od tego momentu Żydzi nie przejmowali w ten sposób pieniędzy. Zresztą Tato potrafił załatwić wiele spraw, w starostwie i nie tylko,  dlatego nieraz sąsiedzi przychodzili do niego po poradę. Był też ławnikiem w sądzie.

Jeden z naszych dalszych sąsiadów zajmował się złodziejskim fachem. We wsi mówił – Ja u Baranieckiego ziemniaki zawsze biorę z piwnicy, to innych rzeczy nie ruszam. Ojciec dobrze o tym wiedział, zresztą mówił, że przed złodziejem kłódka go nie uchroni, a będzie musiał tylko kupować kolejne. Dlatego nie zamykał piwnicy, a złodziejski majster brał tyle, ile zapakował do worka. Złodziejski proceder skończył się, jak majster z kolegą napotkał gospodarza wracającego wieczorem z miasta. Młotkiem wybili mu zęby oraz zabrali pieniądze, które miał ze sprzedaży krowy. Wtedy złodziejskiego majstra aresztowała policja. W więzieniu zachorował i zmarł.

Czas wojny  

W 1939 r. ludzie dużo mówili, o tym że może wybuchnąć wojna, ale większość nie wierzyła w to.  Jednak, gdy w sadach na liściach czereśni pojawiły się jadowite, bordowe z zygzakami żmije, to już wiadomo było że stanie się coś złego. Gdy wybuchła wojna ciągle było słychać wybuchające bomby. Najwięcej, gdy zrzucano je na most w Stanisławowie. Coraz bardziej baliśmy się, ale trzeba było jakoś żyć. Zaczęłam pracować, jako krawcowa. Przynoszono do mnie różne rzeczy do szycia ze Szkoły Podoficerskiej. Pamiętam jak przyszedł lekarz Karl z płótnem lnianym i poprosił o uszycie spodni.  Powiedziałam mu, że to płótno nie nadaje się na spodnie, bo jest zbyt sztywne. Karl pochodził z Wiednia i bardzo chciał się nauczyć mówić po polsku, bo spodobała mu się Stasia z Barysza, która wtedy mieszkała u nas.

Pewnego razu w naszym domu zjawił się kolega Stefana. Uciekł z transportu i poprosił o schronienie. Mama umieściła go na strychu. Wtedy u nas, zresztą tak, jak i w pozostałych domach zakwaterowano Niemca. Gdy ten Niemiec zawieszał przy dachu coś do zamontowania telefonu usłyszał rozmowę na strychu. Wtedy powiedział Mamie, że chce tam wejść. Mama wiedziała, że nie powstrzyma go, więc zawołała Stefana, by zeszli na dół. Chłopaków i mnie zabrano do komendantury. Ich związanych zaprowadzono do jakiejś piwnicy. Ja, jako świadek musiałam odpowiadać na wszystkie pytania, tym bardziej, że znaleziono u nas kompas oraz mapę. Tłumaczyłam, że jak przyniesiono do mnie garnitur do wyczyszczenia i prasowania, to kompas był w kieszeni. Wyjęłam go, ale potem zapomniałam włożyć ponownie, a właściciel garnituru nie upomniał się. Natomiast mapę znalazł najmłodszy brat. Pokazał ją zakwaterowanemu u nas Niemcowi, ale ten nie zainteresował się. Po tym przesłuchaniu wypuścili mnie. Do domu odprowadził mnie zwykły żołnierz, któremu najwyraźniej spodobałam się, bo na koniec zapytał się czy może mnie odwiedzić. Powiedziałam, że pracuję i nie mam czasu.  Potem żandarmeria  zaprowadziła chłopców do Monasterzysk. Żandarmi jechali na koniach, a chłopcy szli na piechotę. Na całe szczęście okazało się, że był tam punkt zborny osób przeznaczonych do wywiezienia na roboty do Niemiec. Stefan spotkał krewną ze strony taty i poprosił ją, by wyprała mu zakrwawioną koszulę. Powiedział jej, że ta krew to od krostów i wrzodów, które rozdrapał, ale tak naprawdę nie chciał się przyznać, że podczas aresztu strasznie go bito. Przez krewnych dowiedzieliśmy się, że Stefan jest w Monasterzyskach i Junka (Józefa) zaniosła mu coś do jedzenia, ale nie rozmawiała z nim.  Stefan znał trochę niemiecki i wzięto go do pomocy przy zaopatrzeniu. Gdy podczas jednego z postojów Stefan poszedł z Niemcem po chleb to udało mu się uciec. Wykorzystał chwilę nieuwagi żołnierza i schował się w jakiejś komórce. Pociąg odjechał, a Stefan został w Tarnowie u jakiś ludzi, ale strasznie rozchorował się tam. Jak wyzdrowiał, to zaczął szukać stryja Janka w Krakowie. Niestety stryjek musiał uciekać ze swojego mieszkania, ale Stefan jakoś go odnalazł i wtedy napisał do nas list. Stryj Jan wynajmował pokój i chciał Stefana posłać do szkoły. Brat jednak miał całkowicie zniszczone ubranie, dlatego stryj dał mu swoje. Tak, więc, jak Stefan chodził do szkoły, to stryj nie wychodził z domu, bo nie miał w czym.

1200 rubli albo białe niedźwiedzie

Tato zmarł w 1941 r. i żeby pomóc Mamie  zaczęłam pracować w Monasterzyskach. Reszta rodzeństwa, oprócz Emilki też była poza domem rodzinnym. W nocy z 12 na 13 lutego 1945 r., gdy banderowcy dokonali rzezi na mieszkańcach Puźnik, Mama i Emilka przeżyły, bo schroniły się na plebanii. Jak mieliśmy jechać na Zachód to władze radzieckie zażądały od Mamy 1200 rubli. Postraszyli ją, że jak nie dostaną tych pieniędzy w ciągu trzech, czterech dni to zamiast do Polski pojedziemy na „białe niedźwiedzie” na Sybir. Mama pieniędzy nie miała i nie było też szans na szybkie ich zdobycie. Nawet, jakby sprzedała ostatnią krowę, to może dostałaby z 500 rubli. Wtedy poprosiłam Mamę, by mi przygotowała dużo porcji tytoniu oraz bimber. Jak pojechałam na zebranie do Czortkowa, to sprzedałam wszystko mężczyznom, którzy mieli tam punkt zborny przed odjazdem na front. Nawet utargowałam więcej pieniędzy niż trzeba było. Po powrocie do Monasterzysk szybko musiałam przekazać Mamie te pieniądze do Puźnik. Przypadkiem spotkałam  Aleksandra Ługowskiego, który na koniu przyjechał załatwiać jakieś sprawy. Dałam mu pieniądze zapakowane w kopertę i jeszcze wieczorem trafiły one do Mamy.

Francisza i Jan Wiśniewscy
Archiwum rodzinne Baranieckich – Ślub Franciszki Baranieckiej z Janem Wiśniewskim w Buczaczu w 1945 r.

 

Wspomnienia zostały utrwalone 9 września 2020 r. przez Adama Baranieckiego

Opracowanie redakcyjne: Anna Zaleska




Rowerem do Puźnik 2019 – relacja z wyprawy

Rowerami do Puźnik

Z Puźnik pochodził mój ojciec, Stefan Baraniecki, a Baranieccy żyli w Puźnikach od końca XVIII wieku przez sześć pokoleń. Wspomnienia o tym miejscu często wypełniały rozmowy podczas rodzinnych spotkań mojego dzieciństwa. Zawsze chciałem tam pojechać i w końcu marzenie to udało się spełnić.

Planując wyprawę, doszedłem do wniosku, że warto zabrać ze sobą rowery, aby  dotrzeć do Puźnik szybciej niż piechotą i przy okazji zobaczyć więcej innych miejsc. Pomysł nie do końca okazał się trafiony :), ale mimo wszystko warto było.

Wyprawa na Ukrainę odbyła się w dniach 1-5 Maja 2019 roku i brało w niej udział 6 osób. Oprócz mnie, w ekipie była jeszcze moja żona Krystyna, mój brat Jacek Baraniecki, dwójka jego dorosłych dzieci Ewa i Michał, oraz Adam Bielawa – wnuk Jana Biernackiego, puźnickiego organisty.

Granicę przekroczyliśmy trzema samochodami w Budomierzu, skąd slalomem po lokalnych dziurawych drogach udaliśmy się do Lwowa. Po 3 godzinach zwiedzania lwowskiej starówki ruszyliśmy dalej i drogą przez Tarnopol dotarliśmy późnym wieczorem do Motelu 57 km koło Buczacza, gdzie była nasza baza noclegowa.

Motel 57 mil
Nasza baza noclegowa

Motel jest położony na obrzeżach Buczacza przy drodze na Monasterzyska i zapewnia całkiem niezłe warunki noclegowe. Najkrótsza droga do Puźnik zaczyna się tuż przy motelu i wiedzie przez Barysz. Długość trasy, to ok. 14 km, co dla nawet przeciętnych rowerzystów wydaje się dystansem stosunkowo krótkim.

Początek drogi zobaczyliśmy z naszego okna na drugi dzień, gdy było już jasno (patrz fotografia poniżej). Rano padał deszcz, ale wkrótce się rozpogodziło. Przygotowaliśmy rowery i optymistycznym nastawieniem wyruszyliśmy.

Widok z okna motelu 57 mil
Tą drogą planowaliśmy wyruszyć rowerami do Puźnik

Glina

Jak wiadomo, bogactwem Ukrainy są żyzne czarnoziemy, a teren, na którym się znajdowaliśmy dominował w czarnoziemy gliniaste. Jazda rowerem po polnej gliniastej drodze wydawała się początkowo całkiem wygodna. Pomimo mokrej nawierzchni, droga była w miarę dobrze utwardzona i nie tworzyło się błoto, które mogłoby istotnie utrudnić jazdę.

Glina ma jednak taką cechę, a przynajmniej ta glina po której jechaliśmy, że jeśli jest mokra, to doskonale przykleja się do opony. Po kilkuset metrach takiej jazdy, warstwa przyklejonej gliny staje się na tyle gruba, że skleja się z błotnikami i dodatkowo zakrywa klocki hamulcowe. Nie dało się dalej jechać, a nawet prowadzenie roweru okazało się niezwykle trudne, ponieważ zasychająca glina unieruchamiała koła. Zdecydowaliśmy się na odwrót i z trudem wróciliśmy do punktu wyjścia.

 

Jednak nie skapitulowaliśmy. Na pobliskiej stacji benzynowej oczyściliśmy rowery z gliny i zdecydowaliśmy, że pojedziemy do Barysza lepszą drogą przez Wierzbiatyn.

Droga przez Wierzbiatyn

Częściowo asfaltowa droga pozwalała w końcu na w miarę przyjemną jazdę. Aby nie ryzykować kolejnego zaklejenia się kół, musieliśmy jednak zdjąć lub podnieść błotniki.

Okoliczne tereny są bardzo malownicze i w większości mają charakter rolniczy. Mijaliśmy kilka stawów. Znaleźliśmy też przecinający drogę nasyp kolejowy nieistniejącej już linii kolejowej łączącej kiedyś Buczacz ze Stanisławowem i będącej fragmentem Galicyjskiej Kolei Transwersalnej.

Pola i gospodarstwa są zadbane, a ludzie wydają się być pogodni i zaradni. Na nasz widok byli trochę zdziwieni, nic dziwnego, wycieczek rowerowych raczej nie spotyka się tam zbyt często.

 

Dotarliśmy do Barysza.

Barysz

Barysz jest wsią dość rozległą położoną na pagórkowatym obszarze. Posiada długą i ciekawą historię. W XVI wieku, Barysz otrzymał prawa miejskie, które utracił po II Wojnie Światowej. Przed wojną mieszkało tu ok. 7 tys. ludzi, z czego 65% stanowili Polacy, 30% Ukraińcy i 5% Żydzi. Dziś wioska liczy ok. 2,5 tys. mieszkańców. Do roku 1904, parafia Barysz obejmowała wieś Puźniki.

Z uwagi na spore opóźnienie, nie mieliśmy jednak czasu, aby dokładnie przyjrzeć się wszystkim zakątkom wsi. Przemknęliśmy więc szybko rowerami z krótkimi przerwami na wykonanie zdjęć. Udało nam się zamienić kilka zdań z miejscowymi ludźmi. Byli bardzo mili, ale się trochę dziwili, gdzie my jedziemy, przecież tam nic już nie ma.

Po drodze mijamy stary młyn i chyba śluzę. W głowie pojawił mi się obraz z traumatycznych wspomnień mojego stryja, Stanisława Baranieckiego, gdy opuszczał Puźniki w roku 1945 drogą właśnie przez Barysz, 3 dni po pogromie.

 

Dojazd do Puźnik od Barysza

Po przejechaniu przez Barysz, droga do Puźnik zaczyna się po ostrym zakręcie w prawo. Jedziemy krętymi drogami wśród pól i małych lasów. Podziwiamy piękne krajobrazy i zadbane pola. Co jakiś czas zatrzymujemy się, aby zdjąć z kół nagromadzoną glinę. Na telefonach mamy dokładną mapę z nawigacją. Wszystko się zgadza, Puźniki już niedaleko.

Jedziemy drogą na duże wzniesienie i dojeżdżamy na górę, gdzie stoi przydrożny krzyż. Widzimy stąd kolejne wzniesienie, prawie w całości zalesione. Tak, to na pewno Puźniki.

 

Krzyż został postawiony na skrzyżowaniu różnych dróg i występuje również na przedwojennych mapach topograficznych. Do centrum Puźnik można się dostać z tego miejsca na dwa sposoby. Pierwszą opcją jest zejście drogą na południe, aby wejść do Puźnik dołem od wschodu. Druga droga wiedzie górą w stronę Zalesia, aby po około 1 km zejść w dół od północy. Ustaliliśmy, że dostaniemy się do Puźnik od wschodu, a wrócimy górą od strony Zalesia.

Zjechaliśmy zatem rowerami ostro w dół do mocno podmokłego skrzyżowania, skąd prawdopodobnie bierze początek puźnicki potok, zwany „Potoczkiem”. Po lewej stronie znajdowała się zapewne kiedyś dzielnica Kolonia, a my pojechaliśmy trawiastą drogą w prawo, wzdłuż zarośniętego już potoku. Układ dróg zmienił się tu nieco od czasów istnienia wsi. Ta droga, którą jechaliśmy jest równoległa do historycznej głównej drogi Puźnik i została wytyczona prawdopodobnie, jako droga dojazdowa do stawu.

Okazało się, że nie byliśmy jedyną grupą turystów, która w tym czasie zamierzała odwiedzić Puźniki. Spotkaliśmy samochód terenowy szukający dogodnego wjazdu do nieistniejącej wsi. Po zagadnięciu, starsza pani powiedziała po ukraińsku, że mieszkała tu zaraz po wojnie. Niestety, nie mieliśmy czasu na dłuższą pogawędkę. Jak się dowiedzieliśmy kilka dni później, do Puźnik próbowała się dostać jeszcze grupa Polaków idąca od Zalesia, ale bezskutecznie z uwagi na zbyt podmokły teren.

Dotarliśmy do stawu, który dzisiaj znajduje się w miejscu dawnego „stawku”, ale z uwagi na sztuczne spiętrzenie wody (mała śluza), jest od niego nieco większy. Niedaleko, bardziej pod górę w stronę na północ, znajdowała się kiedyś „Kiernica”, czyli kolejne źródełko, które poprzez „Stawek”, spływało do „Potoczka”.

 

Przy stawie musieliśmy zejść z rowerów, aby przeprowadzić je jeszcze trochę w kierunku południowym ścieżką przez las. Znaleźliśmy się od razu w samym centrum wsi.

Wieś Puźniki

Większość powierzchni dawnych Puźnik jest aktualnie zarośnięta lasem, częściowo z nasadzeń a częściowo dzikimi drzewami i krzewami wymieszanymi gdzieniegdzie z resztkami starych drzew owocowych, które teraz podczas majowego kwitnienia wyraźnie zaznaczyły swoją obecność. Okres wiosenny jest generalnie dobrym okresem na penetrację tego terenu z uwagi na mniejszą intensywność roślin.

Wchodząc do lasu, dość szybko znaleźliśmy się na głównej drodze wsi i skierowaliśmy się w prawo na wschód. Rowery zostawiliśmy przy zwalonych drzewach i jak się okazało, było to samo centrum wsi, na skrzyżowaniu głównych dróg tuż przy nieistniejących już kościele.

Wzdłuż drogi do Koropca obok kościoła zachowały się jeszcze stare lipy. Bez trudu znaleźliśmy „grotę”, czyli odnowioną po wojnie kapliczkę z figurą Matki Boskiej, a następnie ślady po plebanii. Wyraźne są również ślady murów kościoła. W miejscu, gdzie znajdował się ołtarz, leży obecnie betonowy krzyż, a na nim położone zardzewiałe resztki żelaznego krzyża z dachu kościoła.

Rozeszliśmy się w różne strony i szukaliśmy jakichkolwiek śladów dawnych zabudowań. Znaleźliśmy wąwóz schodzący w stronę dawnego potoku, który był nazywany rowem Baranieckiego. Po lewej stronie rowu, przy drodze głównej był nasz rodzinny dom. Żadnych śladów, tylko krzaki i drzewa. Idąc wzdłuż rowu natknęliśmy się na bardzo stare drzewa owocowe, pewnie ze starego sadu. Na samym dole widać zarośnięte koryto potoku i zanim już zaczyna się kolejne wzniesienie.

Idąc od kościoła na południowy wschod dotarliśmy do cmentarza. Było już jednak późno i musieliśmy wracać. Będziemy tu następnego dnia.

 

 

Wyjazd z Puźnik drogą na Zalesie

Wycofaliśmy się z centrum Puźnik do stawku, skąd poszliśmy z rowerami prosto pod górę, drogą na Zalesie. Za nami mogliśmy zobaczyć widok na całe wzgórze, gdzie znajdowała się wieś. Rzeczywiście musiało być tam kiedyś pięknie.

 

Na samej górze wsiedliśmy już na rower i kierując się w prawo dojechaliśmy polną drogą do przydrożnego krzyża, gdzie byliśmy już wcześniej. Wracamy tą samą drogą przez Barysz .

Byliśmy już trochę zmęczeni i przepełnieni wrażeniami. Po drodze, na przeciwko parku w Baryszu, krótka przerwa na piwko.

Przerwa w Baryszu
Przerwa w Baryszu

Dzień drugi – Nowosiółka Koropiecka

Na drugi dzień pojechaliśmy samochodami i bez rowerów, aby wejść do Puźnik od strony Nowosiółki Koropieckiej. Pojechaliśmy przez Monasterzyska, a następnie drogą H18 do Komarówki, gdzie skręciliśmy w lewo do Werbki, skąd mogliśmy zobaczyć w oddali lesiste wzgórze Puźnik od strony zachodniej.

Werbka - Puźniki
Widok na Puźniki od strony Werbki

Jadąc dalej w kierunku Koropca, zatrzymaliśmy się na sesję zdjęciową ze wspaniałym widokiem na Dniestr. W Koropcu zrobiliśmy krótki rekonesans, zobaczyliśmy pałac Badenich, rzekę Koropiec i ruszyliśmy dalej w kierunku Nowosiółki drogą na Zubrzec i Porchową.

 

Parę kilometrów za Koropcem skręcamy w lewo i wjeżdżamy do wsi Sadowe. Taka jest obecna nazwa Nowosiółki Koropieckiej, która przed wojną była wsią bardzo blisko związaną z Puźnikami i również w zdecydowanej większości wsią Polską. Stąd pochodziła większość szlacheckich rodzin, które dały początek Puźnikom.

Zaparkowaliśmy samochody przy kościele. Wieś była kompletnie opustoszała. Spotkaliśmy jedynie starszą babcię, która powiedziała nam, że wszyscy mieszkańcy poszli na pogrzeb. Mogliśmy swobodnie przyjrzeć się poszczególnym domom, z których kilka wyglądało naprawdę uroczo. Być może, gdyby Puźniki nie zostały po wojnie zrównane z ziemią, to dzisiaj wyglądałyby podobnie.

We wsi znajduje się zrujnowany budynek szkoły, jeszcze przedwojennej. Znaleźliśmy pierwszy polski znak – dachówkę wyprodukowaną w fabryce w Płaszowie koło Krakowa.

 

Aby pójść do Puźnik, trzeba iść drogą po lewej stronie dzwonnicy przy kościele, następnie mijając cmentarz po prawej idziemy praktycznie cały czas prosto w dół.

Droga do Pużnik w Nowosiółce
Droga do Puźnik w Nowosiółce

Na horyzoncie widać las, gdzie znajdują się Puźniki. Czas przejścia z Nowosiółki do Puźnik zajmie nam około 40 minut.

Na horyzoncie Puźniki
Na horyzoncie Puźniki

Wejście do Puźnik od strony Nowosiółki

Na samym dole jest rozwidlenie, gdzie należy skręcić w prawo i iść do góry. Rozwidlenie to wydaje się być dobrym miejscem, gdzie można ewentualnie dojechać zwykłym samochodem osobowym i stąd dalej iść już pieszo.

W chwili, gdy zbliżaliśmy się już do Puźnik, zobaczyliśmy za sobą kondukt pogrzebowy, który udawał się do kościoła w Nowosiółce, prawdopodobnie z miejsca nazywanego w dawnych czasach „Łopuszna”. W większości byli to zapewne mieszkańcy wsi Sadowe.

Gdy byliśmy już na wzniesieniu, droga skręca łagodnym łukiem w prawo i omija Puźniki od południa dochodząc do podmokłego skrzyżowania przy Kolonii, na którym byliśmy dzień wcześniej. Nie wiedzieliśmy, czy idąc na wschód znajdziemy jakąś dogodną drogę w lewo prowadzącą do Puźnik. Zdecydowaliśmy się zatem znaleźć jak najkrótszą trasę i poszliśmy prosto przez pole a następnie skosem na północny zachód. Przejście to pokrywało się mniej więcej ze starą drogą łączącą centrum Puźnik z Nowosiólką, która dzisiaj jest jednak kompletnie zaorana.

Idąc polem należy kierować się do lasu bardziej w lewo, do miejsca, gdzie znajduje się przecinka na linię energetyczną, co pozwala na dotarcie do centrum Puźnik od strony cmentarza.

 

Cmentarz w Puźnikach

Idąc przecinką w dół, natknęliśmy się na pierwsze groby, Heleny Kusińskiej i Józefa Jedlińskiego. W tym miejscu, stary cmentarz otoczony pierwotnie podmurowanym płotem, łączy się z nowym cmentarzem puźnickim, będącym przedłużeniem starego cmentarza. Niestety, teren ten został w dużym stopniu zdewastowany, co wynika z tego, że przebieg linii energetycznej został wytyczony akurat tędy.

Pochówki na nowym cmentarzu odbywały się już w czasie wojny, kiedy to nie stawiano kamiennych nagrobków tylko drewniane krzyże, przeważnie dębowe.  Znaleźliśmy miejsce, gdzie leżało wiele starych krzyży drewnianych, prawdopodobnie wyciągniętych z różnych mogił i rzuconych na gromadę w jednym miejscu. Miałem nadzieję, że odnajdę krzyż z grobu mojego dziadka Antoniego, który wg wspomnień mojego stryja, posiadał pewną cechę szczególną – z uwagi na sęk, został zbity za pomocą dwóch gwoździ. Niestety nie znalazłem.

 

Staraliśmy się odnaleźć jak najwięcej grobów. Każdą znalezioną mogiłę udokumentowaliśmy wykonując zdjęcia oraz pomiar współrzędnych geograficznych. Poniżej znajduje się plan położenia mogił opracowany przez Jacka Baranieckiego na podstawie zebranych i uśrednionych wielu pomiarów satelitarnych.

Plan dojścia

Poniżej znajduje się plan naszej trasy dojścia do samych Puźnik od strony Barysza wraz z naniesionymi istotnymi punktami współrzędnych. Wykorzystałem tutaj dostępną w serwisie GPS Visualizer mapę topograficzną, na którą nałożyłem w półprzeźroczystości mapę satelitarną. Obie mapy nie są zbyt aktualne, ale powinny pomóc w dotarciu do Puźnik każdemu, kto chciałby się tam kiedyś wybrać.

Mapa Puźnik
Mapa Puźnik

Dzień objazdowy

W ostatnim dniu pobytu na Ukrainie, chcieliśmy zobaczyć inne miejsca w regionie wokół Puźnik, w szczególności malownicze zakola Dniestru. Z Buczacza udaliśmy się samochodami przez Monasterzyska drogą H18 na południe, gdzie przekroczyliśmy Dniestr tuż przed Niżniowem. Następnie zwiedziliśmy miasto Tłumacz i jadąc na wschód dotarliśmy do ruin zamku Rakowiec. Ponownie przekroczyliśmy Dniestr przed Łuką i dość trudną drogą dojechaliśmy do Potoka Złotego, gdzie podziwialiśmy ruiny zamku Potockich.

 

Następnie przez Sokołów i Skomorochy dotarliśmy do rzeki Strypy wijącej się wśród górzystych terenów, skąd udaliśmy się na wycieczkę pieszą nad „Wodospady Nad Strypą„. Wzdłuż Strypy pojechaliśmy w kierunku Buczacza do zamku w Jazłowcu, gdzie zamieniliśmy kilka słów z siostrą zakonną ze znajdującego się obok klasztoru Zakonu Niepokalanek. Zwiedziliśmy oczywiście Katakumby Sióstr Niepokalanek.

 

Późnym wieczorem wróciliśmy do Buczacza, aby następnego dnia ruszyć w drogę powrotną do Polski.

***

Marzenie zobaczenia Puźnik zostało spełnione. Cały wyjazd był dla nas bardzo wzruszający a zarazem okazją do odwiedzenia innych ciekawych miejsc dawnych polskich Kresów wschodnich.

Pużniki na liściu
Rowerami do Puźnik – obraz na liściu – pamiątka od córki, Katarzyny Baranieckiej