Relacje z wyjazdów

Pod namiotami w Puźnikach 2021 – relacja z wyprawy

Miejsce biwakowe w Puźnikach
Miejsce biwakowe w Puźnikach

Do Puźnik wybraliśmy się w drugiej połowie sierpnia z planem, aby spędzić tam dwie noce i mieć do dyspozycji jeden cały dzień na zwiedzanie Puźnik i okolic. Grupą w składzie: Adam Baraniecki, Michał Baraniecki i Konrad Zaleski, wyjechaliśmy z Koropca ok. godziny 17-tej i dość mocno zniszczoną drogą pojechaliśmy do wsi Sadowe, dawniej zwanej Nowosiółą Koropiecką.

Nowosiółka jest wsią niezwykle spokojną i jakby odciętą od świata, a przy tym bardzo malowniczą i stosunkowo dobrze zadbaną przez swoich mieszkańców. Początkowo planowaliśmy, aby zostawić tu samochód i dalej pójść pieszo do Puźnik z plecakami oraz namiotami. Po rozmowie z mieszkańcami, okazało się jednak, że do Puźnik można dojechać samochodem osobowym pod warunkiem, że nie będzie padał deszcz, co znacząco utrudniłoby dojazd.  Po krótkim zwiedzeniu cmentarza w Nowosiółce, wsiedliśmy do samochodu, aby zdążyć do Puźnik jeszcze przed zmierzchem.

Dojazd

Żeby dojechać do Puźnik od strony Nowosiółki lub Koropca, należy pojechać kawałeczek drogą „asfaltową” w kierunku na Zubrzec i skręcić w lewo w polną drogę tuż przed skrajem lasu. Jadąc dalej bardzo ostrożnie między głębokimi koleinami, po ok. 4 km dojechaliśmy do Puźnik od strony wschodniej. Na skrzyżowaniu dróg przy dawnej Kolonii pojechaliśmy prosto wzdłuż wyschniętego już dawno potoku i dotarliśmy do stawku. Następnie skręciliśmy jeszcze w lewo podjeżdżając ok. 30 m w kierunku głównej drogi w centrum Puźnik. Zatrzymaliśmy się przy małej polance, gdzie postanowiliśmy rozbić namioty, tuż obok starych drzew owocowych, prawdopodobnie z sadu Haniszewskich lub Ługowskich. Chyba nikt z osób opuszczających to miejsce w roku 1945 nie zdawał sobie sprawy, ze ich potomkowie przyjadą tu jeszcze kiedyś japońskim samochodem.

Noc w Puźnikach

Zapadł już zmrok. Byliśmy mocno podekscytowani. Przy rozpalonym ognisku zjedliśmy kolację popijając gorącą herbatę ugotowaną na turystycznej kuchence gazowej i odpowiednio wzmocnioną, adekwatnie do sprzyjających okoliczności 🙂. Na spanie było jeszcze za wcześnie, dlatego udaliśmy się na nocny rekonesans po Puźnikach.

Poszliśmy w górę drogą, która szerokim łukiem zaprowadziła nas wprost na cmentarz. Tliły się tu jeszcze znicze pozostawione zaledwie dwa dni wcześniej przez harcerzy, którzy już trzeci rok z rzędu przez kilka dni porządkowali teren puźnickiego cmentarza. W świetle latarek mogliśmy podziwiać imponujące efekty tych prac. Przyjdziemy tu jeszcze następnego dnia.
Wróciliśmy do naszej bazy i udaliśmy się następnie w drugą stronę, aby popatrzeć na Puźniki ze wzgórza od północy za stawkiem, z drogi od Zalesia. Była akurat pełnia a widok na ciemny puźnicki las na tle gwiaździstego nieba był po prostu niesamowity.

 

Poszliśmy spać, co na nierównej gliniastej ziemi nie było zbyt komfortowe. Co jakiś czas dało się słyszeć lekko niepokojący odgłos spadających jabłek.

Cmentarz

Na drugi dzień z rana udaliśmy się od razu na cmentarz. Zakres zmian od czasu mojego ostatniego pobytu w tym miejscu w maju 2019 jest ogromny. Dzięki harcerzom z Łódzkiej Chorągwi ZHP i cennej pomocy mieszkańców wsi Sadowe, cały teren tzw. starego cmentarza został  oczyszczony z chaszczy i większości drzew. Wszystkie ocalałe groby zostały uporządkowane i odnowione. Udało się odnaleźć w sumie pięć nowych grobów, których 2 lata temu nie zauważyliśmy:

  • Rozalia Krowicka 1907-1918,
  • Józefa Poterałowicz 1833-1904
  • Maria Koryzna ?-1911(?)
  • Wojciech Kosiński ?-?
  • Jan Hałuszczyński 1844-1892 – chyba najstarsza znaleziona mogiła.

Józefa Poterałowicz, to moja pra-pra babcia i zarazem babcia mojego dziadka Antoniego Baranieckiego, który leży gdzieś niedaleko na „nowym” cmentarzu, kompletnie przeoranym i już zarośniętym. Na fragmencie nagrobka Józefy Poterałowicz widnieje wzruszający napis „Dobrą matusię do grobu złożyli i zwłoki ziemią przykryli i tylko w głowie kamienie głaze syn twój matusię darze„.

 

Teren starego cmentarza został z trzech stron otoczony solidnym drewnianym płotem, który w chwili naszej wizyty był jeszcze wykańczany przez dwóch pracowników ze wsi Sadowe. Czwarty bok cmentarza przylega bezpośrednio do nowego cmentarza, na którym pochówki rozpoczęły się po wybuchu wojny, stąd brak kamiennych nagrobków. Być może ten teren również uda się w jakimś stopniu kiedyś uporządkować. A jest to miejsce szczególne, ponieważ tam właśnie znajduje się nieodkryta jeszcze mogiła ok. 80 Puźniczan zamordowanych w lutym 1945 roku.

Kopanki

Dalsza część naszego planu przewidywała dojście do Klukowa, dawnej dzielnicy Puźnik, a następnie jeszcze do Zalesia, aby wrócić do Puźnik od północy. Prosto z cmentarza udaliśmy się zatem stromym zejściem w dół w kierunku „Kopanek” przy potoku. Idąc po dość trudnym terenie, doszliśmy do małego strumyczka i jaru powstałego wśród białych skał wapiennych. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się dojść jarem do Klukowa. Teren ten, zwany „Kopankami”, jest bardzo ciekawy i z pewnością byłby świetną atrakcją turystyczną, gdy tylko był bardziej dostępny. Wzdłuż głębokiego rowu występuje szereg osuwisk skalnych, a potok przez dłuższy odcinek nie jest widoczny, gdyż płynie pod kamieniami. Gdzieniegdzie z wapiennego zbocza dopływają małe strumyczki. Dość urokliwie wygląda również miejsce, gdzie widać jak wąski potoczek kończy się małym zbiornikiem i znika gdzieś pod ziemią.

Niestety dalsze przejście w kierunku Klukowa okazało się „mission impossible”. Jar stawał się coraz bardziej niedostępny za sprawą zwalonych drzew, a stara droga, która kiedyś pewnie wiodła gdzieś wzdłuż potoku, teraz jest intensywnie zarośnięta wysokimi zaroślami i pokrzywami. Musieliśmy się wycofać i stromym zboczem pod górę wróciliśmy nieco zmęczeni do cmentarza a następnie do bazy namiotowej, aby trochę odsapnąć. Poniższa mapka obrazuje całą trasę naszej wycieczki, która zabrała nam sporo cennego czasu, ale mimo wszystko okazała się interesująca.

Zalesie

Do Zalesia udaliśmy się najprostszą i jedyną możliwą drogą z Puźnik, która wiedzie od stawku w górę poprzez „Nagórzankę”, wzdłuż pól zarośniętych głównie soją. Za wzgórzem skierowaliśmy się w lewo i doszliśmy do pierwszych zabudowań Zalesia. W tym miejscu teren jest dość podmokły, dlatego, jeśli ktoś chciałby się kiedyś wybrać do Puźnik od strony Zalesia, to tutaj musi zostawić samochód i dalej iść pieszo.

W centrum Zalesia znajduje się cerkiew wraz z przyległym cmentarzem, który postanowiliśmy zwiedzić. Zobaczyliśmy tu zbiorową mogiłę Polaków i Ukraińców, na której widnieją 34 nazwiska. Są to mieszkańcy z samego Zalesia, którzy w lutym 1945 roku zostali okrutnie zamordowani przez partyzantów UPA i spaleni w pobliskiej suszarni tytoniu. Część ludzi została spalona żywcem, a część została wcześniej poćwiartowa. Zbrodnia w Zalesiu miała miejsce tydzień przed pogromem w Puźnikach. Oprócz mieszkańców Zalesia zginęło wówczas jeszcze więcej osób, które miały pecha przejeżdżać tego dnia przez Zalesie, w tym 7 mieszkańców Puźnik i Nowosiółki Koropieckiej, w sumie ponad 60 osób. Wśród nich był ojciec Józefa Chaszczewskiego z Nowosiółki, z którym mieliśmy okazję rozmawiać kilka dni po powrocie z Ukrainy.

 

Gdy usiedliśmy na ławeczce pod cerkwią, podeszła do nas zaciekawiona starowinka. Nie znała języka polskiego, ale jak powiedziała, wszystko rozumie po polsku i ma polskie korzenie, a w latach 70-tych odwiedzała nawet swoich krewnych w Ratowicach. Czuła najwyraźniej potrzebę porozmawiania z nami. Gdy spojrzała na stojącą obok zbiorową mogiłę, ze łzami w oczach wspomniała tamto wydarzenie, które w tak straszny sposób przerwało życie tylu niewinnych ludzi.

Ukraińcy

Bolesne czasy już minęły, podobnie jak barbarzyńskie ideologie. Większość ludzi che żyć w pokoju i w poczuciu, że zło zostało potępione, a zbrodniarze napiętnowani. Dlatego jedyne co boli nadal nas Polaków, to fakt, że taki Petro Chamczuk „Bystry” ma dziś swój pomnik w pobliskich Monasterzyskach, a w wielu ukraińskich wsiach powiewają flagi, które przynajmniej Polakom kojarzą się ze złem wcielonym. Tak, jakby komuś zależało na tym, aby Polaków i Ukraińców skłócić ze sobą.

Ukraińcy, to wspaniały i dumny naród, z indywidualną a zarazem trudną ścieżką swojego rozwoju. Naród, który od zaledwie 30 lat pierwszy raz w swojej historii może się rozwijać w warunkach pełnej niepodległości. Budowa wspólnoty narodowej, to wspaniała rzecz, a dbanie o dobro narodu jest naturalne i czymś zrozumiałym. Tak powinny postępować wszystkie narody, podobnie jak wspólnota rodzinna powinna dbać o dobro rodziny. Niezrozumiałe i niegodne jest natomiast kształtowanie tożsamości narodowej na ukrywaniu prawdy i czczeniu fałszywych bohaterów, którzy w imię chorej ideologii narodowej czynili wielkie zło a z okrucieństwa czerpali satysfakcję. Być może jakimś wyjaśnieniem tego jest po prostu nieznajomość tej prawdy, co jest niestety jedynym pocieszeniem, które przychodzi mi na dzień dzisiejszy do głowy.

Jabłka z sadu

Wróciliśmy do Puźnik i zostało jeszcze trochę czasu na zobaczenie innych miejsc. Stwierdziłem, że muszę dokładniej spenetrować miejsce, gdzie żyli moi przodkowie. Posesja Baranieckich znajdowała się niedaleko kościoła, tuż za „rowem Baranieckich”, który istnieje po dziś dzień. Wszystko jest tu obecnie mocno zarośnięte, ale idąc wzdłuż rowu, udało mi się jakoś przedrzeć do sadu, gdzie zostało jeszcze sporo starych jabłoni.

 

Mus Puźnicki
Mus Puźnicki

Jak powiedziała mi kiedyś moja Ciocia Frania, jabłonie zostały zasadzone tu w większości w roku 1937 i potrafiła wymienić nawet wszystkie gatunki. Jabłka, to obecnie  jedyny można powiedzieć „żywy” ślad po tamtych czasach. Są już mocno zdziczałe, ale jadalne. Nie zastanawiając się długo, zebrałem ich całą torbę, już nie patrząc, jakie są to gatunki. Przywiozłem do Polski i wysłałem do Cioci Frani i Stryjka Staszka w postaci „musu puźnickiego”, który smakował wyśmienicie.

 

 

Trzeciego dnia rano opuściliśmy Puźniki. Na skrzyżowaniu przy Koloni nie pojechaliśmy prosto, ale skręciliśmy w lewo jadąc dłuższą drogą do Barysza, skąd przez Jezierzany i Monasterzyska pojechaliśmy do Stanisławowa, a następnie do Lwowa, gdzie spędziliśmy ostatnie dwa piękne dni na Ukrainie.

 

image_pdfimage_print

Opracowanie:

Członek Stowarzyszenia Nowosiółczan i Puźniczan
Informatyk, współwłaściciel sklepu internetowego diaMedica.pl

One thought on “Pod namiotami w Puźnikach 2021 – relacja z wyprawy

  1. Dzień dobry , dopiero zaczęłam sięgać do historii mojej rodziny , która nadal jest częścią tabu. Mam 53 lata , a dopiero w zeszłym roku dowiedziałam się ,że w domu mojej prababci ,w Puźnikach był schron……….myślę ,że muszę się wreszcie „zgłosić” do Waszego Stowarzyszenia serdecznie pozdrawiam, Edyta

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.